Rafał Sitarz – blog Chiny 2011

Blog

Z Warszawy do Pekinu i Plac Tienanmen

Lecimy do Pekinu przez Kijów. Kijowska hala przylotów wygląda jak makieta z taniego filmu. W środku stoi kilka podrapanych biurek i pogryzione przez wybitnie złośliwy ząb czasu taborety. Transfer odbywa się przy zniszczonym biurku za którym na blaszanej ścianie napisano krzywo żółtym markerem ‘t r   Ansf eR’.

Lotnisko w Pekinie jest  ogromne, czyściutkie i dobrze opisane.  Znudzony Chińczyk robi nam przy odprawie zdjęcia do kartoteki Wielkiego Brata. Z racji tego, że jest jeszcze wcześnie rano to szybka kolej do miasta nie rozpoczęła kursów. Mamy wybór – zapłacić grube juany za taksówkę, albo poczekać godzinę na pierwszy kurs. Siadamy razem z poznaną w Kijowie paczką Polaków przy KFC i czekamy. Menu w barach szybkiej obsługi wygląda całkiem podobnie do naszego co jest dobrą wiadomością na początek. Szybki transfer do najbliższej stacji metra kosztuje 25 juanów, czyli mniej niż 12 złotych, a dodatkowo gwarantuje że nie zostaniemy oszukani przez taksówkarzy. Nowoczesny pociąg jedzie przez przedmieścia na wysokim podwyższeniu i po kilkudziesięciu minutach wysiadamy bez problemu na jednej ze stacji pekińskiego metra. Jak na razie nie ma problemów z orientacją – napisy są zarówno po chińsku jak i po angielsku. dalej…

Pałac Letni w Pekinie

Jednym z kilku zabytków, które trzeba zobaczyć w Pekinie jest Pałac Letni, a żeby nie pomylić o który chodzi to dokładnie o ten: 頤和園.  Pałac był miejscem odpoczynku cesarzy pochodzących z dynastii Qing – od około 1750 rok, chociaż początki posiadłości sięgają 1100 roku. Obecny kształt rezydencji powstał dzięki cesarzowej Cixi, która rządziła długo dzięki faktowi, że pomagała swoim przeciwnikom, oraz rodzinie w drodze na drugi świat. W 1885 roku cesarzowa rozkazała wybudować rezydencję od nowa. Jako że brakowało na ten szczytny cel pieniędzy to władczyni wykorzystała fundusze przeznaczone na budowę armii. Pałac został wybudowany ogromnym kosztem i zrujnował budżet państwa. Dobrze wydane pieniądze. Warto dodać że podczas najazdu na chińskie ziemie nie było komu bronić kraju – przecież kasa na armię została wydana. Podczas wojny pałac został zniszczony.

Do Pałacu letniego dostajemy się metrem, które dojeżdża w pobliże głównego wejścia. Przed bramą stoi tłum chińskiego narodu, zapewne do kas. Chaos, tłok, a wszystkie informacje tylko w krzaczkach. Cudownie. W pobliżu wejścia znajduje się Suzhou Street – piękna ulica wśród kanałów. Sklepy ze śmieciami, bary, panowie sprzedający napisy po chińsku – wszystko jest dla turystów. Chwilę po tym jak wchodzimy na ulicę zaczyna solidnie padać. Zatrzymujemy się w jednej z altanek i czekamy aż trochę przejdzie. Po chwili przybiega młoda Chinka i proponuje nam peleryny. Jeszcze nimi gardzimy licząc że przestanie padać. Obok nas siada miejscowy turysta i wciskając nam telefon komórkowy w nosy robi bezczelnie zdjęcia. Ulica zostaje zalana wodą. Gdy ulewa na chwilę ustaje to przebiegamy do jednego z barów rozlokowanych wzdłuż ulicy. dalej…

Wielki Mur w Mutiyan

Pora na zwiedzanie Wielkiego Muru. Przed przyjazdem do Chin przeciętnemu turyście wydaje się że słynna konstrukcja jest dosłownie wszędzie, a pewnie przebiega także przez centrum Pekinu. Nic bardziej mylnego. Aby wspiąć się na Wielki Mur trzeba wydostać się ze stolicy i przejechać około stu kilometrów. Tylko fragmenty fortyfikacji nadają się do zwiedzania, a najbardziej popularna z nich znajduje się w Badaling. Właśnie tam organizowane są najczęściej wycieczki z biur podróży, a warto dodać że także najłatwiej do niej dojechać. My decydujemy się na wypad do innego także dosyć popularnego miejsca, chociaż trudniej dostępnego (co gwarantuje mniejszy tłok) znajdującego się w miejscowości Mutiyan.

Budowa Wielkiego Muru rozpoczęła się w III wieku p.n.e. na rozkaz pierwszego cesarza Chin – Qin Shi Huanga. Konstrukcja była częściowo niszczona i odbudowywana, ale obecną formę przybrała dopiero w XV wieku za panowania dynastii Ming. Warto dodać że poza aspektem psychologicznym w postaci pokazania potęgi władców Chin to Mur nie spełnił nigdy w pełni roli obronnej do jakiej został zaprojektowany. Faktycznie bronił fragmenty Jedwabnego Szlaku, ale z racji długości fortyfikacji nie był w stanie powstrzymać długotrwałego oblężenia zorganizowanych armii. Chronił jednak państwo przed częstymi i chaotycznymi atakami plemion z północy, a ponadto pełnił funkcję wczesnego ostrzegania przed nieprzyjacielem. dalej…

Chengde

Jedziemy do Chengde oddalonego o około sto dwadzieścia kilometrów od Pekinu. Wczesnym rankiem docieramy na dworzec główny, aby zapoznać się z instrukcją obsługi chińskich pociągów. Od razu przy wejściu zostajemy przeszukani, bagaże prześwietlone, a bilety sprawdzone. Bez ważnego biletu na dworzec sie nie wejdzie. Jak w ‘Misiu” Barei. Nazwy miast i miejscowości podawane na tablicach świetlnych są tylko w krzakach, ale na szczęście numery pociągów i godziny już nie. Na bilecie jest nazwa miasta także po chińsku więc w ostateczności można porównywać obrazki. Zostajemy wpuszczeni na halę odjazdów, a właściwie wygląda to jak poczekalnia na lotnisku z bramkami. Na perony można wejść najwcześniej dwadzieścia minut przed odjazdem pociągu. Dzięki temu na peronach jest spokój i porządek, ale w poczekalni rozgrywa się wojna na łokcie. Znajdujemy odpowiednią bramkę i czekamy. Okolo półgodziny przez planowanym odjazdem pociągu przy bramce rozpoczynają się roszady i przepychanki. Gdy otwarte zostaje wejście na peron to Chińczycy zaczynają się tratować. Wszyscy napierają i kolejka zmienia się w bezładną plątaninę rąk, nóg i toreb. Na peronie wszyscy sprintem biegną do swoich wagonów. Też biegniemy – pewnie wiedzą co robią. Dobiegamy do wagonu, znajdujemy wolne miejsca i siedzimy jeszcze przez piętnaście minut zanim pociąg odjedzie. Inni pasażerowie podobnie. Po co było się przepychać i biec? Jeden Chińczyk biegnie to reszta też. Wyścig szczuów. Na szczęście nikt się nie zgłasza na miejsca które wybraliśmy więc możemy wśód ciekawskich spojrzeń innych pasażerów  zdrzemnąć się przed przyjazdem do Chengde.

Wysiadamy na stacji na której są znaczki podobne do tych które mamy na biletach. Chyba dobrze. Ktoś przegania od razu podróżnych z peronu i zamyka wejście na kłódkę. Musimy kupić bilety powrotne. To jest ciekawy temat. Nie mogliśmy kupić biletu powrotnego będąc w Pekinie. System został pomyślany w taki sposób aby maksymalnie utrudnić życie podróżującym i zniechęcić ich do przemieszczania. Otóż to bilety na pociąg można kupić (o ile oczywiście są dostępne, a nie jest to oczywiste) tylko na stacji z której się chce ruszyć. Dzięki temu jeżeli pociąg jedzie przez większe miasto, a my chcemy jechać dalej to trzeba kupić nowy bilet na dalszą część podróży. Pomijając już fakt że kolejka będzie na co najmniej godzinę to przeważnie biletów nie ma, więc trzeba czekać kilka dni. Daje to nieopisane możliwości wszelkiej maści pośrednikom, „biurom” i kombinatorom.  Najpierw musimy więc kupić bilet powrotny. Na sali z kasami znajduje się jakieś siedem stanowisk. Kolejka spokojnie na godzinę. Stajemy. Przygotowujemy się do zakupu – rysujemy na kartce znaczek „Pekin” 京,  obok zegarek z godziną o której chcemy pojechać i dzisiejszą datę. Na widok turystów Chinka za ladą wywraca tylko oczami. Pokazujemy na początek na palcach, że chcemy dwa bilety do Bejing. Pani stwierdza „yyyyyyeeeeeyy?”, no to my jeszcze raz że dwa Bejing. Reakcja ta sama. To może zły akcent, próbujemy Beeejiing. Odpowiedź: „yyyyyyeeeeeyy?”. Biejiiing, Beeeejing, Bejjjjing? Odpowiedź standardowa: „yyyyyyeeeeeyy?”. Do jakiego miasta może chcieć pojechać dwoje turystów będąc o sto kilkadziesiąt kilometrów od stolicy której nazwa jest podobna do Bejing? Pokazujemy napisaną nazwę na karteczce. Pani z wyrazem totalnego niezrozumienia na twarzy stwierdza ”yyyyyyeeeeeyy?”. Uffff. No dobra, bierzemy przewodnik i pokazujemy znaczek w książce, a potem zdjęcie Tienanmen. „yyyyyyeeeeeyy?”. Chińczyk zza nas zaczyna się wpychać żeby kupić bilet, który pani zaczyna mu już podawać. Szybko odlatuje do tyłu. Pani się zbuntowała – obsługujemy tylko Chińczyków. Macha głową że nic nie ma i pokazuje żebyśmy sobie już poszli. Bierzemy ją na przeczekanie. Po minucie bezczynności gdy tłumek za nami zaczyna się irytować pani nie mając wyboru rusza się po kogoś kto cokolwiek rozumie. Przychodzi przerażony kasjer, który bez problemu wie o co chodzi i w ciągu minuty sprawa zostaje rozwiązana. Straciliśmy drugi raz godzinę na zakup biletu w ciągu dwóch dni. Dobrze pomyślane. dalej…

Przez Tayiuan do Pingyao

Po ciężkiej podróży z Chengde odpoczywamy do południa w pekińskim hotelu. Pod koniec dnia mamy jechać do Taiyuan skąd mamy połączenie z Pingayo, miasteczka  które zachowało XVI wieczny charakter i jest jednym z celów naszego wyjazdu. Przed opuszczeniem stolicy mamy jeszcze jedną sprawę do załatwienia – musimy kupić podstawowy obiektyw, ponieważ zabrane z Polski szkło canona odmówiło współpracy i brzęcząc zakończyło ziemski żywot. Pozostało nam kilka godzin na dokonanie zakupu.

Wymeldowujemy się z hotelu, które nie może się obyć bez zaskoczeń. Zostajemy słono podliczeni za mydełka reklamowe z pokoju i próbki szamponów, które były zostawione na naszych ręcznikach w łazience. Chińczyki mają przykaz ściągania od kapitalistów dolarów i wywiązują się ze swoich zobowiązań.Dno. Jedziemy metrem na handlową ulicę Wangfujing,  gdzie wśród setek markowych sklepów spodziewamy się najłatwiej dokonać zakupu. Przy chińskich centrach handlowych te które uznajemy w Polsce za wielkie to co najwyżej sklepiki osiedlowe. Setki ekskluzywnych sklepów pod jednym dachem. Niektóre sklepy mają nawet trzy poziomy i wyglądają jak galerie mające budować wizerunek danej marki, a sprzedaż stawiając na drugim planie. Ceny? Drogo. Zegarki są droższe o około 20-30 procent w porównaniu z cenami w Polsce. Wiele marek oferuje produkty, które z założenia mają być zbyt drogie dla przeciętnego konsumenta. Ubrania sportowe są niewiele droższe, ale oferta jest zdecydowanie bardziej szeroka. Dla większości Chińczyków oferowane tutaj towary nie są one dostępne z powodu niebotycznych cen. Gdy przechodziliśmy wczoraj obok restauracji to kolega wyczytał z ogłoszenia wiszącego na szybie, że poszukiwani są kelnerzy. Pensja: około pięćset złotych. Tak więc na buty można sobie pozwolić po pięciu tygodniach pracy i niejedzeniu w tym czasie. dalej…

Pingyao

Z Tayiuan do Pingyao mamy półtorej godziny drogi pociągiem. Bilet za siedemnaście Yuan nie pozostawia nam złudzeń co do komfortu podróży. Oczywiście pierwszą rzeczą po przyjeździe do miasta jest odstanie w kolejce po bilet na dalszą część podróży. W jak szybki sposób system może człowieka wytresować. Niestety nie ma na dzisiaj biletów do Louyang ani do Zhengzhou przez które możemy ruszyć dalej. Tak na prawdę to są dostępne, ale pozostały tylko miejsca stojące, a droga trwa ponad dziesięć godzin. Dzięki temu wybieramy wieczorny powrót do Tayiuan (miejsca stojące) i w ten sposób będziemy kręcili się w kółko razem z bagażami.

Plecaki zostawiliśmy w sklepie, gdzie oprócz sprzedaży wszelkiego rodzaju podrabianych torebek sprzedawczyni uruchomiła „luggage office”.  Po drodze  na stare miasto odganiamy się od tłumu przekrzykujących się rykszarzy. Starówka została otoczona dwunasto metrowym murem. Kilka lat temu fragment muru runął, a władze wyjaśniając sprawę doszły do wniosku że winę ponoszą budowniczy z przed kilkuset lat. Ciekawostką jest fakt że na wielu budowlach (także na Wielkim Murze) cegły były oznaczane nazwiskiem odpowiedzialnego za dany fragment konstruktora. W razie błędów, lub wypadku zawsze wiedziano kogo skrócić o głowę.  Jakże proste i praktyczne zarazem.

Przez ogromną bramę wchodzimy w inny świat. Miasteczko wygląda jakby zostało przyszykowane do filmu kostiumowego. Malutkie, maksymalne dwupiętrowe ceglane domki pokryte zostały szarymi dachówkami. dalej …

Do Shaolin przez Zhengzhou

Po w wizycie w Pingyao trafiliśmy z powrotem do Tayiuan ponieważ nie udało nam się dostać biletów do Zhengzhou, które ma być naszą bazą wypadową do klasztorów w Shaolin. Dzięki doskonałemu systemowi sprzedaży biletów kręcimy się w kółko. Wczesnym rankiem mamy pociąg do Zhengzhou w którym spędzimy cały dzień (w pociągu, a nie w mieście). Poranek rozpoczyna się dosyć ciekawie. Jak już wspomnieliśmy przy okazji pierwszej wizyty w Tayiuan – ulica przy dworcu jest największym skupiskiem hotelików, pokoi do wynajęcia, a przy okazji wygląda jak scena z filmów o porachunkach mafii. Otóż to gdy wychodzimy z naszego obskurnego pokoju nad ranem, przed naszymi oczami roztacza się nietypowa scena. Ulica została otoczona przez oddziały policji uzbrojone w karabiny, pałki, długie kije i tarcze. Policja przeprowadza propagandową i pokazową akcję likwidacji nielegalnych sklepów, straganów zapewne handlu narkotykami i czym sobie tylko można wyobrazić. Oddziały rozbijają sklepy kijami, zrywają ogłoszenia, wyciągają pojedyncze osoby z ulic.  W pogotowiu czekają spychacze i ciężki sprzęt. Pomiędzy tym wszystkim biegają kamerzyści – powstanie wspaniały materiał propagandowy. Widać że każda próba oporu skończy się gwałtowną reakcją ze strony uzbrojonej policji. Nie chcemy rzucać się w oczy ponieważ zakładamy, że władza nie byłaby szczęśliwa że osoby „z poza” oglądają scenę, a ponad wszystko robią zdjęcia (wolimy nie ryzykować). Dla nas cała sytuacja powoduje utrudnienie w postaci niemożności kupienia prowiantu na drogę, a dodatkowo wydłuża drogę na dworzec. Przebiegamy z bagażami popychani przez Chińczyków pomiędzy handlarzami i policją. Na dworcu prześwietlenie bagaży, rewizje i w ostatnim momencie wbiegamy przez odpowiednią bramkę na peron.

Do Zhengzhou mamy dotrzeć wieczorem. Bilety które kupiliśmy wczoraj mają miejscówki – luksus. Nasze miejsca znajdują się na trzy osobowej drewnianej ławie na przeciwko której w minimalnej odległości stoi identyczna. Na naszych miejscach siedzi kilka osób, które po zobaczeniu naszych biletów narzekając odchodzą w poszukiwaniu nowego siedziska. W pociągach dyżurują odpowiedzialni za porządek i w razie potrzeby wystarczy im pokazać bilet by „podsiadacze” zostali usunięci. Abyśmy nie nudzili się zbytnio podczas podróży na przeciw nas siedzi rodzina z małym tłustym, około sześcio, siedmio letnim chłopcem. Dzieciak musi być słynnym przedstawicielem chińskich jedynaków, których rozwydrzenie jest legendarne i uważane nawet przez miejscowych za przesadne. Chłopak szaleje, pluje dokarmiany przez mamusię, która siedzi w ręczniku na głowie. Warto dodać że Chińczycy wszystko co zjedzą (niedojedzą), jest im niepotrzebne rzucają na podłogę/za okno. Pomimo zakazu palenia wagon spowity jest dymem, którego nie są w stanie rozproszyć wentylatory zawieszone na suficie. Upał, zaduch, obok nas mlaskający chudzielec, na przeciwko babka w ręczniku, spocony facet i drące się, zaplute dziecko. Sam fakt wyrzucania śmieci na podłogę lub za okno daje nam w pewnym momencie mnóstwo radości. Otóż to siedzący właśnie przy oknie tłuściutki jak pączuszek jedynak wydziera się gdy dostaje prościutko w twarz gazetą, która przyleciała do nas z wcześniejszego wagonu. Wygląda to tak jakby go ktoś solidnie spoliczkował. Na pewien czas malec uspokaja się. dalej…

Klasztory w Shaolin

Noc upływa przy akompaniamencie wjeżdżających na perony pociągów i ciągłych komunikatów z megafonów. Co chwilę inny pociąg. Pocieszeniem jest fakt, że o 7-00 mamy autobus do Shaolin. Zwijamy kilka rozpakowanych rzeczy i bez żalu opuszczamy norę w której nocowaliśmy.

Jedziemy dwie godziny, a przez całą drogę leci chiński film w którym wszyscy kopią wszystkich i skaczą na kilkadziesiąt metrów rozbijając ściany. Totalna bzdura, ale pewnie ma wprowadzić w klimat kung-fu. Klasztor w Shaolin, czyli w świątynia w młodym lesie, została wybudowana około 495 roku. Miejsce stało się znane, gdy zamieszkał w nim indyjski mnich Bodhidharma, a za jego rządów Shaolin został przekształcony w akademię treningową. Początkowo zajęcia w klasztorze nie zostały pomyślane jako trening walki, a jako droga do opanowania własnego ciała. Prawdziwy rozkwit popularności Shaolin związany jest z filmami walki Bruce’a Lee, kiedy dookoła klasztoru zaczęły narastać legendy chociaż de facto nikt nie wiedział dobrze gdzie Shaolin się znajduje. Najazd tłumów turystów trwa nadal, szkoły walki i klasztor czerpią z tego profity, przygotowują przedstawienia, ale ucierpiał na tym klimat miejsca. Krótko mówiąc panuje tutaj atmosfera jak na jarmarku.

Autobus porzuca nas na rozległym parkingu. Idziemy w kierunku, który jako jedyny wydaje się nam słuszny i dochodzimy do kompleksu z barami i sklepikami. Zostawiamy bagaże w pobliskim sklepie z pamiątkami, kupujemy bilety i wchodzimy na teren przylegający do klasztoru. Po drodze mijamy całe tłumy małych dzieci, ćwiczących Tai Chi i zarzucających sobie na komendę nogę na szyję. Przy samym parkingu trenują całe klasy dzieciaków. Jedni robią salta, inni machają mieczami, kolejni ćwiczą kopnięcia. Wszyscy adepci ubrani są w koszulki polo z nazwami poszczególnych szkół. Konkurencja jest duża. W pobliżu znajduje się ogromny, wydeptany plac, na którym ćwiczą grupki starszej młodzieży. Niesamowite wrażenie. Tłum nastolatków wykonujących w tumanach kurzu te same ruchy kijami wyglądające jakby tańczyli. Wszyscy ogoleni do skóry, chudzi i żylaści. Pojedynczy studenci robią salta lub ćwiczą kopnięcia, jeszcze inni wracają z przebieżki w górach. Poranek to jak widać czas zintensyfikowanych ćwiczeń i treningów. Na pobliskim placyku wśród budynków ćwiczą młodsi. Wrażenie robi malec (ma może z 5-6 lat) który kopie tak wysoko, że kopnięcie kończy się założeniem nogi za głowę i w tej pozycji zostaje. Za pierwszym razem wydaje się nam że się nam przewidziało, ale gdy dwóch kolejnych chłopców powtarza ćwiczenie to dochodzimy do wniosku że WF w tej szkole delikatnie przekracza poziom podstawowy. dalej…

Groty Longmen

Z samego rana podejmujemy próby zostawienia na kilka godzin bagaży w hotelu. Przecież to nie może być trudne. Na recepcji pokazujemy bagaż i palcem na schowek. Brak zrozumienia. Wyciągamy bilety i pokazujemy że pociąg jest wieczorem, a potem na bagaże plus schowek. Dwie panie zupełnie pozbawione mimiki nie rozumieją, albo nie chcą zrozumieć. Zabieramy plecaki na dworzec i tam dopiero udaje się je zostawić. Tragedia. Tego typu sytuacje mogą się wydawać dosyć zabawne, gdy próbuje się na każdym kroku pantomimy, ale tak na prawdę okazują się po krótkim czasie poważnie irytujące i uniemożliwiają normalne funkcjonowanie.

Na dzisiaj mamy zaplanowaną wizytę w grotach Longmen, które są jednym z dwóch miejsc tego typu które rozważaliśmy podczas planowania podróży. Na podstawie zdjęć w internecie, oraz przewodnika można dojść do wniosku, że groty w których wyryto tysiące posążków Buddy rozciągają się na olbrzymim terenie, ale podchodzimy do sprawy dosyć sceptycznie. Jednak skoro w każdym przewodniku jest napisane, że „must see” no to must. dalej…

Z Hangzhou do Guilin i opowieść o wynajęciu pokoju

Nadszedł „oczekiwany” z utęsknieniem dzień dwudziesto godzinnej podróży pociągiem z Hangzhou do Guilin. Ranem robimy szybką przebieżkę po mieście trafiając na kilka wyprzedaży i po zabraniu bagaży z naszego śmierdzącego pokoju idziemy na dworzec. Pocieszeniem może być fakt że mamy wykupione miejscówki, jednak jest to pocieszenie na zasadzie że może inni mają gorzej więc poprawa samopoczucia jest mizerna.

Drewniane ławki mają oparcia pod kątem dziewięćdziesięciu stopni w stosunku do siedziska, a w dodatku są tak wąskie, że może się na nich zmieścić względnie swobodnie dwóch Europejczyków, a są to trzy chińskie miejscówki. Gdy wpychamy się do zapełnionego wagonu i siadamy to nie jesteśmy w stanie nawet pochylić głowy, ponieważ co kilka sekund trącają nas wściekli i zmęczeni Chińczycy, którzy za wszelką cenę walczą o miejscówki.

Podsypiamy na zmianę z szyją owiniętą bluzą polarową, żeby głowa nie skakała, to znowu z czołem na blacie malutkiego stolika i znowu w polarze. Po dziesięciu godzinach trzęsienia krzyż zgłasza zdecydowany sprzeciw. Wstać trudno, bo tłok, a siedzieć źle. Aby było barwniej podczas podróży to trafiamy na doborowe towarzystwo. Dwóch siedzących na przeciwko nas Chińczyków dobrało się doskonale. Pierwszy z nich ubrany w markowe chińskie ciuchy gada równostajnie jakby klepał z pamięci złote myśli Mao i to opatrzone bogatym komentarzem. Gadanie komponuje się doskonale z stukotem kół. Co kilkanaście minut gdy budzimy się po mocniejszym szarpnięciu pociągu i stwierdzamy że przemowa trwa dalej, a kompan kiwa ze zrozumieniem głową. Mówca jest chyba partyjny, bo chwali się wszystkim dokumentem w czerwonej okładce, a reszta (czy chce czy też nie) kiwa z respektem głowami. Spróbowali by nie pokazać aprobaty i zazdrości. dalej…

Spływ z Guilin do Yangshuo

Guilin jako miasto to po prostu kolejne z wielu bliźniaczo podobnych chińskich molochów. Gdyby nie górujące nad domami łagodnie zakończone pagórki to Guilin niczym szczególnym by się nie wyróżniało. Władza wpadła kilkadziesiąt lat temu na doskonały pomysł. Zabytki zostały zniszczone wraz ze starymi domami. Na ich miejscu powstała piękna, fantazyjna i lekka architektura w postaci betonowych bloków. Jedyne co pozostało po dawnej świetności i jest warte zobaczenia to parki, małe pałace, oraz najwyższa w okolicy góra z widokiem na okolicę. Doskonale się składa ponieważ wszystkie te atrakcje znajdują się obok siebie. Dzięki błyskotliwości władzy wysunięto kolejny pomysł: ogrodzić. Wejście na teren płatne po 50 yuan od osoby (około 25 zł) plus opłaty za każdą dodatkową atrakcję, a można być pewnym że nie będą one niskie.

Przed kasą kręcą się kobieciny które twierdzą że wszystkie atrakcje kosztują w sumie po 200 yuan za głowę ale one je sprzedadzą za 100 yuan. Mówią po angielsku, ale nie wiedzą co bo często mylą im się odpowiedzi i wychodzi zabawnie. Nie ryzykujemy zakupów ponieważ w razie problemów przestaną nas widzieć, albo najzwyczajniej w świecie znikną. Ale naszym oczom ukazuje się budynek z napisem „Tourist Center – Information” – szał. Podpytamy co i jak na temat transportu do Yangshuo.  Wchodzimy. Hello-hello jak na razie jest szansa że jako tako się z panią dogadamy. Pani stwierdza „me iai hjp ju”. Jednak na każde pytanie otrzymujemy odpowiedź „no”. Wnioskujemy że pani albo nie rozumie, albo nie chce pomóc, albo obie odpowiedzi są prawidłowe. Po kilku identycznych z jej strony odpowiedziach zadajemy pytania testowe w stylu: czy Chiny są pięknym krajem? No. Czy może nam pani powiedzieć czy niebo jest niebieskie? No. Pani jest zdecydowanie na „nie”. Na to wychodzi że gra w „pomidor” może mieć zastosowanie w życiu codziennym. Ale propaganda może poinformować że w mieście Guilin znajduje się „Tourist Center – Information”. Pośmialiśmy się i pomimo że niewiele informacji uzyskaliśmy to było sympatycznie. Jako że do chińskiej kasy państwowej dorzuciliśmy się wystarczająco i to więcej niż byśmy mieli ochotę więc bojkotujemy inwestycję w wejściówki. Zamiast tego idziemy nad rzekę gdzie skupia się życie towarzyskie miasta. dalej…

Kilka dni w Yangshuo i okolicach

Miasteczko Yangshuo leżące nad brzegiem rzeki Li, miało być według przewodników spokojną, małą mieściną. W rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. Otóż to Yangshuo jest miejscowością rozrywkową dla bardziej zamożnych Chińczyków, którzy na weekend chcą pochodzić na wycieczki i bawić się do białego rana w licznych barach. Główna ulica to skupisko walczących ze sobą o klientów barów i dyskotek przeplatanych sklepami z krzykliwymi pamiątkami. Mc Donald’s, KFC i prowadzą zażartą walkę z lokalnymi restauracjami. W tej atmosferze szukamy noclegu. Po wizytach w kilku guest housach zatrzymujemy się w jednym z nich u wylotu głównej ulicy turystycznej miasteczka. Na miejscu czekają już na nas Magda i Jacek z którymi rozstaliśmy się w Pekinie po wizycie na Wielkim Murze.

Planujemy pozostać w okolicy przez kilka dni, wypożyczyć skutery i jeździć po wsiach i miasteczkach. Ten teren nie obfituje w zabytki i muzea, tak więc codziennie zabieramy skutery i ruszamy na podbój okolicy. Jest to czas na poznanie zwyczajów miejscowych i zobaczenie miejsc które nie zostały w stu procentach ocenzurowane przez władzę. Podczas kilkudniowego pobytu mamy okazję poczynić wiele interesujących obserwacji.

Odwiedzamy liczne wioski które są w stanie zupełnego upadku. W większości z nich można znaleźć zniszczone pozostałości po hutach nad którymi górują ceglane kominy. Budowle są pozostałością po wielkim skoku który zaplanował i wdrożył przez laty Mao. Władza chcąc udowodnić wyższość nad zepsutym Zachodem wdrożyła śmiały plan zawstydzenia całego świata produkcją stali. W tym celu w całym kraju wyrastały jak grzyby po deszczu huty. Problem polegał na braku surowca, a plan wodza musiał zostać wykonany. Dlatego wieśniacy próbowali chałupniczymi  sposobami obrabiać surówkę przetapiając narzędzia, garnki i klamki, aby tylko nie zostać oskarżonym o dywersję. Co z tego że nie mieli surowca? Miał być wynik. dalej…

Tarasy ryżowe w Longsheng

Wczesnym rankiem zabieramy bagaże i ruszamy z dworca autobusowego w kierunku tarasów ryżowych w Longsheng. Nigdy nie wiadomo czy opłacony wcześniej transport przyjedzie, ale jak dotąd się nie zawiedliśmy. Z konieczności wykupiliśmy wycieczkę na tarasy, a nie sam przejazd, ale z powodu braku możliwości skomunikowania się (tudzież braku chęci ze strony bileterki) nie mieliśmy wyboru.

Po względnie niedługim (jak na Chiny oczywiście) czasie wracamy do Guilinu gdzie przesiadamy się do mniejszego busika i jedziemy dalej.  Teraz od Longsheng dzieli nas około sto kilometrów, które pokonujemy w dwie godziny. Jako że jedziemy z wycieczką zorganizowaną nie ominą nas atrakcje w stylu „gościnne powitanie przybyszów przez kobiety z plemienia Yao”. Stajemy na parkingu przy drodze i kierowca kasuje po kilkadziesiąt dolarów od głowy za powyższą atrakcję. Odpuszczamy przedstawienie na rzecz przechadzki po zapuszczonych uliczkach mini wioski. Nad naszymi głowami, wśród suszących się kolb kukurydzy przechadzają się pokaźnej wielkości pająki i inne robactwo. Plemię Yao jest znane z tego że kobiety nie obcinają włosów i chowają je pod chustami. Gdy czekamy wielokrotnie pochodzą chcąc albo sprzedać nam miejscowe wyroby, lub zachęcając do zapłaty za zdjęcie z rozpuszczonymi włosami. Pewnie wielu ludzi płaci, ale my dziękujemy. Trzeba przyznać że ludzie są przyjaźni i uśmiechnięci, co kontrastuje z zachowaniem mieszkańców wielkich miast. Po godzinie oczekiwania nasza grupa wraca z magicznego pokazu i możemy jechać dalej. Zatrzymujemy się na parkingu i na to wygląda że dalej będziemy taszczyli nasz dobytek na plecach. Upał przekracza trzydzieści pięć stopni, gdy obładowani jak wielbłądy (na własne życzenie – po co było tyle kupować?) idziemy w kierunku bramy za którą rozpoczyna się droga prowadząca już bezpośrednio na tarasy ryżowe.

Wzdłuż drogi porozkładały się liczne stragany i zakłady rzemieślnicze. Wygląda to jak punkt z którego wyruszają karawany w którym można dokonać ostatnich zakupów. Oprócz tradycyjnych tkanin i tandetnych souvenirów można kupić świeżo opiłowane rogi bawołów i innych zwierzaków. Handlarze mogą je opiłować na miejscu na dowolną długość. Po co? Nie wiem, ale najwyraźniej są nabywcy na tego typu rarytasy. Mijamy licznie stojące przy drodze lektyki. Chińczycy chętnie z nich korzystają. Jeden pan na przodzie, drugi z tyłu i lekko podskakując ruszają z kolejnymi klientami w górę zbocza. Miejscowy serwis obejmuje także wnoszenie bagaży. Postanawiamy jednak trochę się wypocić, a po za tym to wstyd – nakupowaliśmy zabawek więc teraz musimy je nosić. Dochodzimy do punktu widokowego z barem i postanawiamy pożegnać się z naszą grupą. Odbijamy na strome zbocze wabieni strzałką sugerującą kierunek na guest house. Mamy cichą nadzieję, że widziane na zboczu domki będą oferowały nocleg. Droga nie jest bardzo długa, ale upał i bagaże nie ułatwiają nam życia. Gdy docieramy na górę to jedna ze zrobionych w Yangshuo woskowych figurek mających być naszymi podobiznami nie wytrzymuje próby trudów podróży i jej twarz rozpływa się po zderzeniu z szybką pudełka w którym jest zamknięta. Nikt jej nie obiecywał że będzie lekko. Po dotarciu na jedno z pomniejszych wzgórz okazuje się że wysokie trawy, które nas otaczały podczas wędrówki to ryż. Zbocza widziane z góry nabierają pięknych kolorów i kształtów. Drugi napotkany dom okazuje się być hostelem. Czysto, personel rozumieć angielski. Można wybrać opcję standard i lux, które się różnią istnieniem lub brakiem okna. Jak szaleć to szaleć niech będzie okno. Budynek został zbudowany według starych zasad i przy wykorzystaniu naturalnych surowców. Całość powstała z drewna i bambusowych pędów. Podłoga przy każdym kroku ugina się o kilka centymetrów, a przez ściany słychać każdy nawet najcichszy szept. Dlatego też nad wejściem do hostelu wisi kartka z zakazem rozmów po godzinie 22-00. Fajne miejsce. Szkoda że nie mamy więcej czasu aby zostać w nim więcej dni. więcej…

Powrót do Pekinu i próby wydostania do Datong

Pekin po raz kolejny. Wracamy do tego samego nieprzyjaznego hotelu w którym zatrzymywaliśmy się już wcześniej. Posiada on niezaprzeczalną zaletę w postaci wiadomej nam lokalizacji. W przypadku gdy duża część taksówkarzy nie chce wozić turystów to możliwość dotarcia na miejsce samemu jest w cenie. Po kilkunastu godzinach w pociągu marzymy już tylko o chwili odpoczynku. W Pekinie planujemy krótki pobyt i wycieczkę do wiszących klasztorów w Datong na którą mamy przeznaczonych kilka dni. Jednak żeby pojechać za miasto trzeba mieć bilet na pociąg. Trzeba go kupić, a sama chęć w tym kraju może się okazać niewystarczająca.

Po raz kolejny jedziemy na dworzec kolejowy. Kolejka do słynnego okienka numer szesnaście dla obcokrajowców. Naturalnie stoją w niej sami Chińczycy i jest o połowę dłuższa niż pozostałe, ale jedynie tutaj udają że rozumieją po angielsku. Okienek jest dwadzieścia kilka, a tylko jedno dla przyjezdnych i w nim jest zawsze najdłuższa kolejka Chińczyków. Gdy stoimy dłuższą chwilę słyszymy krzyk. Przez halę przepycha się grubszy mężczyzna w wymiętej koszuli za którym z gniewnymi okrzykami biegnie około czterdziestoletnia kobieta. Szarpie mężczyznę wydatnie gestykulując i wyraźnie próbuje go zatrzymać. Nagle szarpany gentelman odwraca się i uderza z całej siły kobietę w twarz. Kobiecina zakręca pirueta i pada z głośnym plaskiem na twarz po środku hali. Tłum patrzy bez słowa. Leżąca wstaje powoli i idzie chwiejnym krokiem w kierunku policjanta. Po chwili przyprowadza go do mężczyzny, który zdążył się spokojnie ustawić w kolejce po bilet. Pan który wymierzył kilka minut wcześniej kobiecie solidny cios macha policjantowi przed nosem jakimś dokumentem okazując wielkie zniecierpliwienie. Wtedy ku naszemu zaskoczeniu Pan Władza odpycha pobitą kobietę machając, że ma odejść. Ona już wie, że protesty na nic się zdadzą, bo z opuszczoną głową rezygnuje i znika w tłumie. Szok. Widać że ten pan ma prawo bić kogo chce. Nikt nie reaguje. Chiny krajem postępu. więcej …

You say how much, czyli targowiska Pekinu

Pora na deser w postaci targów z wszystkimi możliwymi produktami konsumpcyjnymi. Jeden z marketów o nazwie „Silk” mieści się kilkaset metrów od Świątyni Nieba, tak więc tam kierujemy nasze kroki. Negocjacje cen, handlowanie i przebieranie azjatyckich śmieciach dla wielu są udręką, lecz dla nas to czysta przyjemność i możliwość zanurzenia się we folklorze. Określenie „market” nie jest do końca trafione ponieważ jest to pokaźnej wielkości dom handlowy. Markety mają swoje specjalizacje tak jak na przykład na „Pearl Market” można nabyć różnej jakości biżuterię począwszy od plastikowych podróbek na wielkich perłach w cenie samochodów kończąc. Na markecie przy Świątyni Nieba można zaopatrzyć się przede wszystkim w: ubrania, buty, aparaty fotograficzne, małe AGD, RTV, laptopy, miseczki, śmieci i wszelkiej maści graty których zastosowania nie rozumiemy. Raj dla konsumenta.

Na kilku piętrach „Silk market” porozkładały się jeden przy drugim liczne stragany. W części z ubraniami królują podróbki (trzeba przyznać że na pierwszy, a nawet drugi rzut oka bardzo dobre) koszulek polo, oraz swetrów takich marek jak Lacoste, Tomy Hilfiger, Nike. Ceny początkowe zaczynają się od poziomu znanego z oficjalnych sklepów, ale sprzedawca (przeważnie mówiący trochę po angielsku) zapewnia o swojej sympatii akurat do nas i proponuje 20% zniżki. Po odwiedzeniu kilku stoisk i na propozycje sprzedawców na zakup koszulki polo za osiemdziesiąt euro odpowiadając ofertami w wysokości dwóch euro poznajemy przybliżone ceny poszczególnych produktów. Koszulka polo dowolnej marki kosztuje około siedmiu USD, sweter jedenastu-dwunastu itd. Kiedy podchodzimy na kolejne stanowiska na których widzimy interesujące nas wzory szybko sprowadzamy sprzedawcę na ziemię dając mu odliczoną kwotę i zapewniając że nie jest stratny. W większości przypadków szybko załatwia to zejście do nawet piętnastu-dwudziestu procent ceny wywoławczej. Jest także inny sposób, który doskonale się sprawdza. W odpowiedzi na wyśrubowaną pierwszą cenę wystarczy powiedzieć, że nie jest się z USA i żeby podał prawdziwą cenę. Oferta bardzo opada i wtedy można jeszcze trochę ją zbić. Zorganizowane grupy z USA wpadają na targ niczym szarańcza i próbują w ciągu godziny zrobić zakupy swojego życia. Płacą za towar o dwadzieścia procent mniej niż w firmowych sklepach i cieszą się jak dzieci z doskonałych transakcji. Chińczycy cieszą się jeszcze bardziej. Wszyscy są szczęśliwi, a przecież o to chodzi.

Gdy podchodzimy do kolejnych stoisk naszym ulubioną odpowiedzią ze strony sprzedawców na pytanie ile kosztuje dany przedmiot jest: „You say me how much”. Dosyć zabawne i irytujące zarazem. Jakoś tak się składa że na nasze propozycje zabrania towaru za darmo sprzedawcy nie przystają, a sami ceny nie chcą zaproponować. Dziwny kraj. Sprzedawcy są bardzo agresywni. Widać że tak zostali nauczeni odgórnie. Po dłuższych zakupach orientujemy się że poszczególni sprzedawcy to tylko pionki. Cała hala jest kontrolowana przez małą grupę „trzymającą władzę”. Z nimi kontaktują się handlarze w przypadku trudniejszych transakcji. Także od nich otrzymują nakazy jak się zachowywać. Tak więc ciągłe pokrzykiwania towarzyszą przejściu między alejkami, łapanie za ręce, szarpanie za ubrania, każdy identycznie. W Indiach na krzykach się kończy, rzadko kiedy sprzedawca zaczyna szarpać potencjalnego kupca. W Chinach jest inaczej. Po półgodzinnej przechadzce jesteśmy już podrapani na rękach i żałujemy że nie mamy bluz z długimi rękawami.

Gdy krążymy między stoiskami słyszymy głośną sprzeczkę. Potężny Arab krzyczy na sprzedawczynię (zapewne inna miała być cena a przy płaceniu pani nie ma reszty). Niedoszły kupiec odchodzi w kierunku rodziny, a sprzedawczyni krzyczy coś za nim wyklinając jego najbliższych. Błyskawicznie orientujemy się że w przypadku mieszkańca Bliskiego Wschodu to nie ujdzie jej na sucho. Mężczyzna błyskawicznie zawraca, podchodzi do Chinki i uderza z całej siły w głowę. Kobieta przysiada od ciosu, ale po sekundzie prostuje się i patrzy z tak samo nieprzytomnym wzrokiem na otoczenie jak wcześniej. Kilku handlarzy spogląda znudzonym na kobietę i nic się nie dzieje z wyjątkiem tego że sprzedawczyni przestaje krzyczeć jakby ją ktoś wyłączył. Jak widać tego typu przyjmowanie ciosów jest wliczone w ten zawód. Co jest w tym kraju że kobiety dostają regularnie pięściami po głowach? więcej…

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>