Karibu Kenya, czyli lądowanie w Nairobi

Pierwszą rzeczą która rzuca się w oczy podczas podchodzenia do lądowania w Nairobi to wyjątkowo wyraźnie zaznaczone granice miasta. Bardzo dokładnie, ponieważ stolica Kenii została otoczona drutami kolczastymi, aby uniemożliwić częste odwiedziny dzikich zwierząt z sawanny, które plądrowały śmietniki i krążyły po ulicach.

Droga z lotniska do centrum zajmuje kilkanaście minut co sugeruje, że miasto nie należy do największych, a poruszanie będzie względnie proste. W centrum kolonialna architektura miesza się z kilkupiętrowymi, ciężkimi, nudnymi budynkami. Wygląda na to że jedyne interesujące budowle postawili w tym mieście Brytyjczycy zanim zastali wyproszeni. Ścisłe centrum to siedziby organizacji rządowych, kilka wieżowców, natomiast przylegające dzielnice to w przeważającej części osiedla domków o pełnej rozpiętości standardów. Oddzielną kategorię stanowi dzielnica Kibera będąca drugim największym slumsem na kontynencie Afrykańskim, gdzie na dwóch kilometrach kwadratowych mieszka blisko połowa z trzy milionowej populacji miasta.

Nairobi, powstałe w 1899 roku jako przystanek dla robotników budujących linię kolejową Mombasa-Uganda, nie oferuje zbyt wielu atrakcji turystycznych. Po pierwsze historia miasta jest wyjątkowo krótka, a po drugie cóż mogło powstać w miejscu będącym centrum zarządzania państwem przez Brytyjczyków? Gentlemani w służbie u Jej Królewskiej Mości budując miasto zadbali o ratusz, Central Park, kilka pomników, banki, linię kolejową. I tyle. Stolica.

Ulice miasta można uznać za wyjątkowo czyste przynajmniej w centrum, chociaż po zapadnięciu ciemności błyskawicznie pustoszeją co daje do myślenia: a) nic się nie dzieje więc ludzie nie wychodzą, b) może się dziać zbyt dużo więc lepiej nie wychodzić. Po konwersacjach z miejscowymi okazuje się że odpowiedź b) jest bliższa prawdy. Wieczorem przy krawężnikach stoją jedynie ochroniarze, oraz wyciągający ręce bezdomni. W temacie bezpieczeństwa to warto dodać, że miasto nie należy do najbezpieczniejszych. Od czasu ataków terrorystycznych na centrum Westgate w 2013, oraz licznych wcześniejszych w tym na ambasadę amerykańską w 1998 w którym zginęło 220 osób, a ponad 5000 zostało rannych, wejścia do wszystkich budynków publicznych są silnie strzeżone, a wchodzący przeszukiwani. Wjazdów na teren hoteli chronią podwójne bramy, szlabany i zespoły ochroniarzy z karabinami maszynowymi. Nad krajem wisi widmo kolejnych zamachów odkąd znalazł się na celowniku Al-Kaidy. I chyba faktycznie niebezpieczeństwo jest realne, gdyż przy jednym z posterunków policji widzimy wysadzony w powietrze samochód.

Wygląd ulic nie odbiega od standardów polskich, tak więc nie ma co liczyć na egzotykę. Lewostronny ruch uliczny jest całkiem cywilizowany, chociaż sygnalizacja drogowa jest traktowana jedynie jako kolorowa ozdoba przy drodze. To co może zaskoczyć to fakt, że sklepy są zamykane już o godzinie osiemnastej.

Po Nairobi wystarczy jeden dłuższy spacer, aby zobaczyć najbardziej charakterystyczne punkty miasta: centrum konferencyjne, targi, meczet Jamia, Central Park. Nieopodal meczetu Jamia znajduje się targowisko z rękodziełem, gdzie po dłuższych negocjacjach można kupić w rozsądnych cenach rzeźby, malowidła, oraz biżuterię. Stolica to przede wszystkim doskonały punkt wypadowy na safari, oraz w bardziej odległe regiony kraju. Pozostałe podstawowe atrakcje można właściwie uznać za wypełniacze czasu, gdyż w  żaden z nich nie zachwyca, czy to Snake Park z wężami, dom autorki „Pożegnania z Afryką” – Karen Blixen, Central Park, czy Nairobi National Museum. Wejściówki do wszystkich tych punktów z wyjątkiem parku kosztują około 1250 – 1500 szylingów, czyli równowartość około 60-70 złotych i nie zawsze są warte swojej ceny. Taksówkarze nie zwykli używać taksometrów, lecz po pertraktacjach ceny są rozsądne. Kurs z najdalszego zakątka miasta nie powinien kosztować więcej niż 1200 KES. Jednak największą zaletą Nairobi jest bliskość Nairobi National Park, gdzie można (i należy) wyskoczyć na kilka godzin z miasta na safari. Sprawy organizacyjne ułatwia fakt, że właściwie wszystkie napisy w mieście są w języku angielskim, a język ten jest w powszechnym użyciu przez mieszkańców. No cóż miasto jak miasto, ale szału nie ma.

 

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Meta

Written by:

One Comment

  1. 5/8/2015
    Reply

    Cześć, to jest komentarz.
    Aby skasować ten komentarz, zaloguj się i wyświetl komentarze tego wpisu. Wtedy zobaczysz opcje edycji oraz kasowania komentarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *