Masai market w Nairobi

„Jeżeli nic nie potrzebujesz to kup cokolwiek” - stwierdza wysoki na oko czterdziestoletni mężczyzna o aparycji zaprawionego w bojach wojskowego, trzymając mnie mocno za barki. Niedziela chyli się ku końcowi, a zarazem są to ostatnie kwadransy przed zamknięciem targu. Nic nie potrzebuję. Nie chcę nic kupić. Przykro mi ale nie. Wraz z końcem handlu panika pojawia się w oczach sprzedawców. Widać ją bardzo wyraźnie. Jest namacalna. Mężczyzna nie odpuszcza. „Sprzedam ci obraz za dwa i pół tysiąca szylingów – musisz go kupić. Nie mogę wrócić do domu bez pieniędzy. To wstyd dla wojownika.”.  Oferta to równowartość około dziewięćdziesięciu złotych i nie jest to okazja, lecz sensowna cena do rozpoczęcia negocjacji. Wstyd byłoby tyle zapłacić. Zdecydowanie nie planuję i nie chcę nic kupić i staram się odejść, lecz mężczyzna zaczyna się modlić i kładzie się  na placu przede mną. Jest zdesperowany – przyjechał z masajskiej wioski i jak widać weekendowy utarg nie należał do najlepszych. Za wszelką cenę usiłuje sprzedać cokolwiek, gdyż jak w sumie ma rację - za pieniądze kupi jedzenie, a obraz bez względu na nakład czasu, namaluje nowy i wróci za tydzień. Ciężki widok i trudna sytuacja. Szkoda człowieka, ale w Afryce nie da się kupić wszystkiego od wszystkich. Nawet rezerwy fortu Knox szybko by się wyczerpały. Odmawiam tłumacząc, że nie chcę dać mu za mało widząc, że bardzo mu zależy na sprzedaży, a nie mam środków na zakup przedmiotu. „To zapłać cokolwiek, obraz jest twój”. Czegoś takiego jeszcze w karierze nie słyszałem. Biorę płótno wbrew własnej woli za kilkaset szylingów i mam wyrzuty sumienia przez dwa kolejne dni.

Pod budynkiem sądu, na parkingu, rozkłada się weekendowy targ z pamiątkami i ubraniami. Kolorowe tkaniny, niezliczone ilości drewnianych figurek (chociaż liczba wzorów jest względnie niewielka), paciorki, maski, oraz malowidła wypełniają niewielki plac. Pozostałe, cenne miejsce zajmuje tłum sprzedawców, żebraków, oraz naciągaczy. Ostatni z wymienionych wydają się żyć bardzo dobrze z pieniędzy niczego nieświadomych przyjezdnych, którzy mają ograniczoną ilość czasu, a koniecznie chcą zdobyć pamiątki dla siebie, rodziny, sąsiada lub psa. Panowie bardzo chętnie pomagają w zakupach. Ba. Nawet negocjują ceny, tłumacząc, że dzięki nim nie zapłaciło się za oglądanie towarów, oraz wejściówkę na plac ponieważ targ to wielka wspólnota, a przyjezdny tak bardzo przypadł im do gustu, że przedstawią go jako swoją rodzinę i dlatego nie muszą płacić taksy klimatycznej lub czegoś podobnego. Jak takich nie lubić? Pewnie znajdują kretynów, którzy wierzą w takie bzdury. Szkoda, przynajmniej dla kupujących, że potężny procent kwoty płaconej za każdy zakupiony przedmiot wędruje do kieszeni życzliwego pomocnika. Oczywiście doliczonej do ceny.

A jak przedstawiają się ceny na targu? Drogo, bardzo drogo, abstrakcyjnie drogo. Kwoty są całkowicie oderwane od rzeczywistości. Po długich negocjacjach ceny spadają przeważnie do dwudziestu – trzydziestu procent początkowej kwoty, lecz nadal są wyższe dwukrotnie niż w europejskich marketach kolonialnych. Chęć zakupu przedmiotu jest często niewystarczająca do dokonania transakcji z powodu nieugiętości sprzedawców, którzy na przykład za małego, drewnianego słonia wysokości piętnastu centymetrów podają ostateczną cenę równowartość stu złotych kończąc na tym negocjacje. Pewnie raz na jakiś czas znajduje się zdesperowany, który zapłaci.

Zrobienie przyzwoitego zdjęcia na targu graniczy z cudem. Nie dlatego, że nie wolno, jasne że wolno. Tyle że każdy chce zarobić i wyciąga rękę i to właśnie intensywność zaczepiania oraz „wylewność” sprzedawców dosłownie uniemożliwia podniesienie aparatu fotograficznego. Za pierwszym razem poddaję się po dwudziestu minutach. Za drugim po dziesięciu. Uwielbiam lokalne targi, lecz muszę przyznać że ten w Nairobi solidnie dał mi w kość.

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Meta

Written by:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *