Kibera Slum

Spotykamy się z Frederikiem i Kenem pod małą kawiarnią na obrzeżach dzielnicy Kibera w południowej części Nairobi. Chłopaki prowadzą małe biuro oferujące wizyty w drugim największym slumsie Afryki jakim jest Kibera. Czytałem co nieco przed przyjazdem o wejściach do tego typu dzielnic i ludzie zadają sobie podstawowe pytanie: „po co odwiedzać takie miejsca?”. Popularną odpowiedź, że pieniądze dane przewodnikom „zostaną w dzielnicy i pomogą jej mieszkańcom” uznałbym jako kiepskie wytłumaczenie. Jak ktoś chce pomóc to albo przyjedzie jako wolontariusz, lub kupi worek ryżu i przekaże losowo wybranej rodzinie. W Kiberze działa kilkanaście organizacji pomagających jej mieszkańcom zasilanych przez setki młodych ludzi z USA i zachodu Europy. Odwiedzam dzielnicę chyba po to, aby zobaczyć afrykańskie miasta z innej perspektywy, nie koniecznie z tej pokazywanej najchętniej turystom. Tak mi się wydaje. Może jest inaczej.

Przewodnicy sugerują zostawienie wszelkich zegarków, gadżetów i przedmiotów zbytku w hotelu – tak w razie czego. Pewnie zdarzali się piękni i bogaci, którzy chcieli się popisać tym co mają i szybciutko przestawali być właścicielami swoich zabawek w mniej lub bardziej drastycznych okolicznościach. Pada zalecenie, aby unikać robienia zdjęć ludziom, nie zaglądać do domów, a w razie wątpliwości pytać się czy miejsce jest bezpieczne i czy próba uwiecznienia chwili aparatem nie skończy się knockoutem. Zabieramy ze sobą jedynie sprzęt fotograficzny, który trzymamy, aby nie przyciągać spojrzeń, pod bluzami. Nasi przewodnicy-ochroniarze mieszkają w Kiberze od urodzenia i do pewnego stopnia zapewniają bezpieczeństwo podczas wizyty. Jednak nigdy nie można być pewnym tego co nas spotka. Zapewne znają niewidzialne linie dzielące poszczególne kwartały ulicy – w jednym przyjmą człowieka z otwartymi ramionami, a za zakrętem… przyjmą lecz wyjście będzie słono kosztować.

Spacer po dzielnicy może trwać około trzech, czterech godzin i musi się zakończyć przed zapadnięciem zmroku. Wtedy na zapuszczone uliczki wychodzą królowie nocy. Pierwsza część to to gwarny targ wyglądający niczym obóz uchodźców. Można się zaopatrzyć w zabawki, garnki, przyprawy, zużyte opony do samochodów dowolnych gabarytów od daewoo tico po tira. Co kto potrzebuje. Na rozłożonych płachtach leżą drobne przedmioty codziennego użytku, a na gałęziach wiszą ubrania. Kilkadziesiąt metrów dalej wyrastają szałasy z gałęzi i kawałków brezentu pod którymi można kupić ubrania, drobną elektronikę – w sumie klimat Stadionu Dziesięciolecia z lat dziewięćdziesiątych z tą różnicą, że uliczki są nieutwardzone, a po ich środku woda wydrążyła kanaliki, które w czasie ulewy zamieniają się strumyki niosące wszelakie nieczystości. Jednym z popularnych i sprzedawanych w wielu miejscach artykułów jest węgiel, oczekujący na klientów w małych pojemnikach w sam raz na rozpalenie i utrzymanie ogniska przez kilka godzin. Dzielnica poprzecinana została kilkoma asfaltowymi drogami przy których zatrzymują się zniszczone autobusy, a z drewnianych budek oferowane są ubrania, tekstylia, płyty dvd i jedzenie. Od razu za straganami ciągną się domki zbudowane z kawałków desek, folii i blachy falistej. Ręczne napisy na budynkach informują, że w tym miejscu urzęduje szewc, dalej krawcowa, która sąsiaduje z naprawą elektroniki. Miasto w mieście, można znaleźć wszystko co w centrum, lecz w mniej wysublimowanej formie. Mieszkańcy starają się sobie razić. Pralnia przy cysternie, kościół z kawałków blachy, sala szkolna pod gołym niebem, ponieważ poprzednia spłonęła, naprawa agd na taborecie przy uliczce, kino w szopie pokazujące filmy z dvd – każdy chce zarobić tworząc przy okazji namiastkę normalności według rozumienia mieszkańców „lepszych” dzielnic.

Subiektywnie można stwierdzić, że pomimo biedy to uliczki Kibery wyglądają lepiej niż wiele indyjskich miast. Możliwe, że powodem są uśmiechnięci, zwyczajnie ubrani ludzie, wykonujący codzienne czynności. Według szacunków zajmującą zaledwie dwa kilometry kwadratowe dzielnica jest domem dla ponad miliona osób z czego prawie połowa z nich ma nieukończone piętnaście lat. Biorąc pod uwagę, że dzielnica powstała sto lat temu, a nie została założona przez młodzież, to można wywnioskować, że średnia długość życia nie należy do długich. Zagęszczenie jest wyjątkowo wysokie ponieważ przeciętny metraż domu to dziewięć metrów kwadratowych, a liczba mieszkańców to średnio pięć osób – nie wychodzi więc zbyt wiele metrów na głowę.

Trzeba przyznać, że dzielnica wygląda na dobrze zorganizowaną, chociaż jej największą bolączką jest węzeł sanitarny – jego stan i zasięg sieci. W ośmiu miejscach zostały rozlokowane wielkie cysterny z wodą pod które można przyjść, zrobić pranie, wziąć prysznic. Znając nawet szacunkową liczbę mieszkańców to na pierwszy rzut oka widać, że ilość punktów sanitarnych nie może być wystarczająca. Kobiety siadają przy miskach, myją naczynia, piorą, obierają warzywa na obiad. Kuchnia-punkt sanitarny-miejsce spotkań sąsiadów. Wszystko w jednym miejscu. Ponadto do większej części okolicy nie zostały oficjalnie doprowadzone rury z wodą. Szybko zwietrzyli tutaj interes miejscowi przedsiębiorcy o wątpliwej reputacji. Jeżeli czegoś nie ma, a jest popyt to należy to dostarczyć. Tak więc położono cienkie elastyczne rurki wzdłuż dróg, w różnych kolorach aby rozróżnić właścicieli. Ceny za litr są nawet kilkunastokrotnie wyższe niż w pozostałych dzielnicach, jednak co mają zrobić mieszkańcy? Biednemu wiatr w oczy. Gotowanie na węglu, ciągłe braki w dostawie prądu (o ile ktoś jest szczęśliwcem który ma doprowadzoną trakcję), błoto płynące ulicami, oraz szerzące się choroby tworzą ponury krajobraz Kibery.

Przy nasypie na którym ciągną się tory kolejowe leży niezliczona ilość plastikowych toreb i śmieci. Frederic wyjaśnia, że tą trasą jedzie do pracy większość mieszkańców Kibery, którzy wyrzucają torby z nieczystościami, aby zabrał je następny pociąg. Jednak od ponad dwóch tygodni nikt nie odbiera worków i utworzyło się naturalnie wysypisko. Wczoraj był plac, dzisiaj już jest wysypisko. Gdzieś śmieci trzeba wyrzucać. Mały placyk co ranka zapełnia się ludźmi jadącymi do pracy. Pomimo tego, że dojazd autobusem jest wygodniejszy, szybszy i kosztuje przysłowiowych groszy to bilet na pociąg jest jeszcze tańszy, więc stanowi podstawę transportu do dalej położonych dzielnic Nairobi. W Kiberze każdy szyling się liczy.

Zaglądamy do kilku domów z kawałków desek w których panuje zaduch, do punktu organizacji pomagających kobietom, paru warsztatów usługowych. Towarzyszą nam uśmiechy dzieci i z rzadka pokrzykiwania dorosłych z których części zdecydowanie nie podoba się obecność obcych. Jednak na okrzykach się kończy.

Odjeżdżamy z Kibery rozpadającą się taksówką z każdym kołem innym. Po kilku minutach jazdy kończy się paliwo. Tak dla dopełnienia klimatu kierowca nie ma pieniędzy, więc tankujemy dwa litry tylko aby dojechać w milczeniu do centrum. Kierowca jest przerażony, widać że nie jest to jego świat i nie czuje się w tym miejscu pewnie poza swoim rewirem.

Czy warto jest odwiedzić dzielnicę? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Nie jest to miejsce dla osób lubiących wypoczynek na plaży i popijanie drinków z palemką, zachwycających się pięknymi holami luksusowych hoteli i wrzucanie fotek sushi na Instagrama. W takim przypadku odradzam. Szkoda psuć sobie humor i wyidealizowany wizerunek Kenii. Jednak każdy kto chce zobaczyć jak żyje znaczna część mieszkańców Afryki i mieć pełniejszy obraz, powinna dojechać do Kibery, aby zobaczyć świat w innych kolorach niż z okładek magazynów pokazujących uśmiechniętych Masajów i barwne safari.

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Meta

Written by:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *