Jak VIP na kenijskiej premier league

Niedziela. Jadę taksówką po Nairobi, zastanawiając się co będę robił w drugiej części dnia. Znowu Masai Market? Pizza, czy kurczak na obiad. Trudna decyzja. Poważne rozważania przerywa pytanie kierowcy „chłopie, masz już bilet na mecz?”. Stwierdzenie „na mecz” bez określenia o jaki chodzi sugeruje, że wszyscy w mieście wiedzą, że chodzi o MECZ. Raczej, nie mam, a w co, o co i na czym grają? Gość odwraca się w fotelu i patrzy na mnie jak na kosmitę i to w dodatku z podstawowymi brakami wiedzy. Jak to kto? Leopards z Gor Mahia na narodowym Nyayo, zespoły z samego szczytu premiere league. Nadal nie jest mi głupio. Równie dobrze mógłby mi wmówić, że to drużyny w polo na żużlu. No nie mam, a co? Zastanawiam się chwilę. Może pójść? Ale jak będzie rozróba to mnie nie znajdą przez trzy miesiące. Chyba głupota. Ale ja nie pójdę? Kiedy będzie okazja na podobną imprezę. Załatwisz dobre bilety? Tak? To idealnie. Umawiamy się za kilka godzin pod hotelem zakładając, że istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że wrócę w nienaruszonym stanie. W międzyczasie lądują w Nairobi jeszcze koledzy, więc może też się skuszą, zawsze będzie raźniej. Folklor może być interesujący. Szczerze mówiąc bardziej od meczu interesują mnie sami kibice i atmosfera stadionu.

Szczęśliwy nabywca biletu za 16 PLN.

Szczęśliwy nabywca biletu za 16 PLN.

Stadion narodowy Nyayo znajduje się praktycznie w centrum Nairobi. Większość spotkań jako gospodarze rozgrywa na nim zespół AFC Leopards. Warto wiedzieć którzy to, bo w razie zadymy ich kibiców będzie więcej, więc lepiej krzyczeć to co będzie po ich myśli (to ci niebiescy, tak na przyszłość). Stadion wybudowany względnie niedawno w 1983 roku, może pomieścić 30 000 kibiców, do najmniejszych w okolicy nie należy. Jak to w przypadku tego typu imprezy korek jest solidny i docieramy na miejsce chwilę po pierwszym gwizdku. Na dodatek bez biletu, ponieważ kierowca nie dał rady po niego wcześniej dojechać. Bez przesady nie ma szans, żeby cały obiekt był pełny. Niepokojący jest jednak fakt, że wszyscy z którymi w ciągu dnia rozmawiałem pytali się czy idę na stadion. Trochę to wygląda na igrzyska w starożytnym Rzymie. Bieda, beznadzieja w slamsach, ale bilety na mecz za równowartość jednego, dwóch dolarów, tanie piwo i bimber pod stadionem. Naród będzie zadowolony. Ave Cesar. Dokładnie tak jest w tym przypadku. Idziemy do kasy i kupujemy bilety super-mega-VIP po złotych polskich szesnaście. Kierowca dostaje jeden w prezencie. Zawsze może nas ostrzec jak będzie się robiło gorąco. Wchodzimy na stadion w liczbie dwóch plus nasz przewodnik.

Przez chwilę stoimy w kolejce do wejścia, wszyscy są dokładnie przeszukiwani. Po kilku minutach jesteśmy popychani w ekspresowym tempie do przodu, jako goście specjalni, a w dodatku z VIPowskimi biletami. W momencie w którym wchodzimy na stadion gospodarze strzelają pierwszą bramkę. Ludzie na trybunach zaczynają skakać po krzesełkach i rzucać się na ogrodzenie. Wesoło. Rozpoczynają się tańce. Duża część sektorów jest pusta, lecz dwie największe trybuny są szczelnie wypełnione. Murawa została otoczona zasiekami z drutu kolczastego, co powinno zniechęcić do wtargnięcia. Stadion jest także wykorzystywany do organizacji meetingów lekkoatletycznych, więc boisko piłkarskie otacza pas bieżni. Właśnie po nim zaczynają krążyć tanecznym krokiem kolorowo ubrane grupy. Część ubrana w zielone kaski jak na budowę, biegają z replikami karabinów maszynowych, plakatami, trąbkami, transparentami i wszelkiego rodzaju trunkami. Niektórzy mają nawet przy sobie telefony stacjonarne. Nie pytajcie po co. Ekipa porusza się po połowie okręgu, aż do sektorów gości, a następnie zawraca. Nasz kierowca rozmawia przez chwilę z chłopakiem w czarnym t-shircie i zielonym szaliku. Facet podbiega do nas i zaprasza do przyłączenia się do orszaku. Wygląda na to, że jest prominentną postacią wśród lokalnych kibiców, bo po chwili okazuje się że właściwie wszystkich zna i ma posłuch. Gości nas zespół Gor Mahia. Towarzystwo jest bardzo kolorowe: peruki, maski, kapelusze, a także w dużej części solidnie zamroczone wszelkiego rodzaju dopalaczami. Co chwilę ktoś pada na ziemię i tarza się ze szczęścia. Czerwone, przepite oczy to standard. Igrzyska w najlepszym wydaniu.

IMG_9108

Tłum porywa nas w przemarszu w kierunku sektorów gości. Pierwszy rząd w pochodzie mamy zagwarantowany. Jak wyjdziemy w całości to będzie sukces. Co chwilę podbiega nowa grupka chcąc sobie zrobić zdjęcie. Nie przeszkadza to w próbach wyczyszczenia nam kieszeni. Kilkukrotnie czuje, że troskliwi kibice sprawdzają czy nie posiadam zbędnych przedmiotów, tudzież gotówki w kieszeniach. Nie posiadam. Żadnej, wszystko przezornie zostawiłem z wyjątkiem małego zawiniątka na dnie schowanej kieszeni. Nasz opiekun odpycha od nas niektórych kibiców, możliwe że tych bardziej gorliwych.

IMG_7599

Przechodzimy do sektora gospodarzy, uzgodnienia z wierchuszką i idziemy dalej już z podwójną obstawą. Ci są trochę mniej wylewni, ale w sumie przegrywają 0:1. Gdy dochodzimy do końca okrążenia, po przybiciu sześciu tysięcy piątek, zostajemy wypuszczeni na zewnątrz, żeby nie musieć wracać tą samą drogą. Panowie przodem, panowie są gośćmi, panowie mają bilety po szesnaście złotych. Niezły ubaw. Nasi gospodarze postanawiają nas usadowić, abyśmy w godnych warunkach mogli napawać się meczem. Trybuna honorowa powinna utrafić w nasze wysublimowane gusta. Zapraszamy, zapraszamy, prosimy, prosimy się nie krępować. Sadzają nas na miękkich fotelach w stylu rokoko na podwyższeniu niczym dla sekretarza PZPR podczas pochodów pierwszomajowych. Nasi opiekunowie zostają na schodach. Nikt ich tam nie wpuści. Widok z trybuny jest bardzo przyzwoity, ale niestety ktoś się orientuje, że to miejsce nie miało być dla nas i zostajemy wyproszeni. Przyjmujemy przeprosiny. Chłopaki zaczynają kombinować jakby nas ugościć. Czekamy chwilkę i przychodzi starszy jegomość w koszuli i marynarce. Nasi przyjaciele tłumaczą, że my to zapewne delegacja z zaprzyjaźnionej republiki, mamy bilety vip itd. Okazuje się że nasz rozmówca jest prawdopodobnie zarządzającym całym obiektem. Pierwszy po Bogu. Przeprasza nas za wszelakie niedogodności i w ramach rekompensaty proponuje nam miejsce na … murawie. Za ławkami zawodników. Tylko bardzo prosi, aby nie biegać. Tak więc całą połowę oglądamy z boiska. Całkiem przyzwoicie, nasi przewodnicy zostają znowu za płotem.

Szczerze mówiąc sama gra jakoś nas specjalnie nie wzrusza. Mało widać z poziomu murawy, jeżeli chodzi o rozegranie piłki, ale trzeba przyznać, że zawodnicy biegają szybko i równie błyskawicznie potrafią dać przeciwnikowi cios w zęby.

Wychodzimy ze stadionu z rozkrzyczanym tłumem. Zakończyło się remisem 1:1, tak więc obędzie się bez bójek i walk ulicznych, co czasami ma miejsce. Parking zapełnia się kibicami z bębnami, trąbkami, przebranych w plemienne stroje, za księży, czy afrykańskich królów. Fajnie i kolorowo, ale pewnie nie widzimy tego co na prawdę może być niebezpieczne. Pakujemy się do taksówki i wracamy do hotelu. Jeżeli się ktoś pyta czy warto wpaść na taki mecz to polecam, tylko warto mieć zaprzyjaźnionego miejscowego, aby zapewnił względne bezpieczeństwo lub krzyczał kiedy uciekać.

IMG_9061

IMG_9069

IMG_9265

IMG_9234

IMG_9019

IMG_8982

IMG_8960

IMG_7263

IMG_7481

IMG_7494

IMG_7577

IMG_7593

IMG_7713

IMG_7561 IMG_7742

IMG_7761

IMG_7637

IMG_9136

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Meta

Written by:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *