Masai Mara

W biurze przy głównej ulicy wykupujemy wyjazd do parku narodowego Masai Mara. Kusi mnie, żeby zorganizować wypad samemu, lecz po dojechaniu do parku i tak trzeba zatrudnić kierowcę znającego teren, co pochłonie cenny czas, tak więc musimy być zdani na łaskę (lub niełaskę) biura. Wycieczki do Masai Mara są wyceniane na około sto dolarów za dzień na głowę (cena minimalna w wersji eko, górnego limitu nie ma),  a cena obejmuje wszystko od jedzenia po wejściówki. Czasami można zejść niżej jeżeli uda się trafić do jeep’a który i tak jedzie następnego dnia. Wtedy biuro może nam sprzedać wyjazd w konkurencyjnej cenie, lub mieć puste miejsce w samochodzie. Jednak koszt wejściówek do parku nie pozostawia zbyt wielkiego pola manewru. Przynajmniej oficjalnie. Jest kilka trików. Wjazd do parku opłaca się na przykład za dwadzieścia cztery godziny. Jeżeli biuro jest sprytne i kombinuje, a tego możemy być pewni, to wjeżdża z grupą o godzinie szesnastej na dwie godziny. O szóstej wszyscy muszą opuścić teren rezerwatu – „rozumiecie – takie są przepisy, chętnie byśmy pojeździli, ale strażnicy nas odstrzelą”. Dlaczego tak późno zaczyna się safari? Droga z Nairobi się przeciąga, a potem trzeba w obozie zostawić rzeczy, zjeść lunch itd, całe pasmo zbiegów nieszczęśliwych wypadków. Następnego dnia jeździ się z klientami do godziny dwunastej, ani minuty dłużej i grupa wraca do Nairobi. Dlaczego tak krótko? „Rozumiecie – takie są przepisy, chętnie byśmy pojeździli, ale musimy was odwieźć przed zmrokiem”. Pomimo wczesnego wyjazdu to wejściówki są ważne przez kolejne cztery godziny dzięki czemu następna grupa nie płaci (to znaczy nie wie, że nie płaci), a jeździ od dwunastej trzydzieści do szesnastej i wraca szybciutko do obozu – „rozumiecie, długi dzień, jutro też będą zwierzęta w parku, a trzeba zjeść obiad, poznać Masajów, później nie będzie prądu, wody…”. Dzięki temu nazajutrz będą jeździli trochę dłużej, a grupa po nich zapłaci znowu za coś co kupili poprzednicy. Cudowne w swojej prostocie. To jest Afryka – pełny recycling. Jeżeli biuro jest wprawne to robi to z gracją, że mało kto się połapie co jest grane.

Odległość z Nairobi do Masai Mara to około dwustu pięćdziesięciu kilometrów co daje około czterech godzin drogi. Standardowym pojazdem na tego typu wypady są ściągnięte z Japonii – zawsze białe mini busiki z podnoszonym dachem. Pojazdy sprawują się całkiem znośnie na wąskich dziurawych drogach Kenii, jednak około półtorej godziny jazdy przed rezerwatem kończy się asfalt i zaczyna się rajd w kurzu przez wertepy do którego nie zostały stworzone. Samochody nie mają klimy, okna zamknięte, co i tak nie chroni przed pyłem, w środku jakieś dziesięć osób więc atmosfera szybko ulega zagęszczeniu. Po drodze stop w barze kuzyna, sklepie cioci i kiosku brata, rzut oka na Wielki Rów Wschodni i wizyta w sklepikach. Jedziemy w doskonałym miszmaszu kulturowym: Kenijka, Meksykanka, Chińczyk który wpadł z Hong Kongu na cztery dni na safari, bo na więcej nie dali mu urlopu, Estończyk, który rzucił pracę w IT i wyjechał do Rwandy żeby mieć od wszystkiego spokój, oraz zakręcona Amerykanka siedząca w Afryce na wolontariacie na tyle długo, że w połowie konwersacji zapomina z kim i o czym rozmawiała, zupełnie już odleciała.

Do obrzeży rezerwatu docieramy około godziny piętnastej, szybkie porzucenie bagaży w namiotach, handel chustami z Masajami i można jechać. Sam obóz sprawia dobre wrażenie i widać, że właściciele są nastawieni na długofalowe działanie, a nie jednorazowy strzał. Prowizoryczna recepcja pilnuje wejścia na brukowaną ścieżkę prowadzącą do dużych, wygodnych, wojskowych namiotów. W środku stoją dwa łóżka z moskitierami, a w części „murowanej” na tyłach są dostawiane prowizoryczne łazienki. Codziennie przez kilka godzin wieczornych włączane są generatory prądu, aby umożliwić doładowanie akumulatorów oraz telefonów. Czasu przy gniazdkach elektrycznych starczy dla każdego, ale naturalnie w momencie włączenia zasilania każdy musi się podpiąć odłączając urządzenia poprzedników, więc zaczynają się podchody ipilnowanie swoich zabawek.

Wjazd do rezerwatu znajduje się nieopodal bazy, więc po chwili zatrzymujemy się pod bramą i gdy kierowca załatwia sprawy wjazdowe ze strażnikami, zostajemy oblepieni (tak jak zresztą wszystkie samochody) przez tłum Masajów oferujących wszystko od paciorków, po noże, dzidy, rzeźby, koce i dziwolągi. Zawsze ktoś kupi drobiazg, aby pomóc miejscowym, lecz wtedy do samochodów zaczynają podbiegać kolejni sprzedawcy i przez szyby oraz otwarty dach wpychać asortyment. Kupiec jest dosłownie zasypywany dobrem wszelakim. Wtedy należy tylko czekać na powrót kierowcy i odpalenie silnika. Ceny spadają proporcjonalnie do wzrostu szybkości pojazdu, który oddala się od sprzedających, tak więc warto zaczekać aż samochód ruszy.

Dosyć szybko okazuje się że najważniejszym elementem wyposażenia samochodu jest CB radio, przez które kierowcy informują się o potencjalnych atrakcjach. Celem każdego wyjazdu na safari jest zobaczenie wielkiej piątki, to jest: lewa, lamparta, bawoła, słonia oraz nosorożca czarnego i to do nich starają się dojechać wszystkie pojazdy.

Za bramą rezerwatu pojawiają się pierwsze stada gnu, oraz zebr spokojnie skubiących trawę. Samochody nie wywierają na nich najmniejszego wrażenia. Podobnież drapieżniki reagują jedynie na pieszych, co jest wynikiem przykrych doświadczeń z przeszłości, gdy Masajowie masowo polowali na lwy i lamparty. Dzięki temu zwierzęta reagują prawidłowo i atakują pieszych bez głębszych rozważań i namyśleń, a samochody ignorują.

Park ma powierzchnię ponad 1500 kilometrów kwadratowych, a jego większa część leży w Tanzanii (Park Narodowy Serengeti) do której właśnie migrują wielkie stada. Podczas krótkiej przejażdżki przed zapadnięciem zmroku można bez problemu spotkać żyrafy, oraz wszelkiego rodzaju gazele. Kierowcy z dużym przymrużeniem oka traktują zakazy zbaczania ze ścieżek i gdy dostaną sygnał o zwierzętach odpoczywających poza szlakiem błyskawicznie tam jadą. Samochody zbliżające się do lwa wyglądają jak sępy zlatujące się z wszystkich stron, po czym szybko się rozjeżdżają w różnych kierunkach zanim strażnicy zdążą zareagować. Od razu widać, że powodzenie wyjazdu zależy od kierowcy i jego zaangażowania, nasz jest niezły ponieważ jest w stanie podjechać do stada lwów przy wodopoju na kilkanaście metrów i zależy mu na zadowoleniu klientów. Szybko zapada zmrok i wracamy do obozu. Po umilknięciu generatorów prądu namioty znikają w ciemnościach, a nad sawanną góruje przepiękna mleczna droga.

Z rana pobudka i przed wschodem słońca wjeżdżamy do parku. Dopisuje nam szczęście – stado lwów upolowało kilka minut wcześniej gnu i przystąpiło do śniadania. Drapieżniki rozrywają ofiarę i rozchodzą się na boki z większymi kąskami. Jednak główna grupa przepycha się między sobą, aż w końcu największa lwica odchodzi z głową gnu szarpiąc się z rywalką, aby rozerwać skórę ofiary, która pęka przy każdym szarpnięciu. Uczty pilnują drapieżniki oddalone o kilkanaście metrów, których zadaniem jest odganianie zbliżających się szakali.

Dzień upływa na jeżdżeniu między kolejnymi stadami po pięknych zielonych równinach. Informacja przez CB i pędzimy do kolejnego punktu. Mijamy stada żyraf, bawołów, słoni, strusi, oraz gnu, które przeważnie występują w towarzystwie zebr. Na granicy z Tanzanią krajobraz jest usłany małymi czarnymi kropkami, które wraz ze zbliżaniem okazują się być gnu i zebrami. Są ich tysiące. Zbierają się w większe grupy i ruszają w rzędzie przed siebie. Wędrują tak co kilka miesięcy z Kenii do Tanzanii aby po kilku miesiącach wrócić.

Można także się zatrzymać nad rzeką, aby z pewnej odległości pooglądać hipopotamy. Miejsca pilnuje uzbrojony w kałasznikowa strażnik. Hipopotamy mają jedną podstawową zasadę: gdy coś się zbliży do ich stada to trzeba to zabić w obronie swoich. Są dosyć skuteczne, gdyż na krótkim odcinku rozpędzają się do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Mało kto się spodziewa że zwierze ważące tyle co ciężki samochód osobowy będzie na tyle ruchliwe. Uczucie zdziwienia może być w tym przypadku jednym z ostatnich.

Do Masai Mara można przylecieć samolotem, lub też wykupić przelot nad migrującymi stadami. Ceny nie są jednak przyjazne. Po rezerwacie można jeździć dwa dni lub trzy. Więcej przeciętny turysta nie wytrzyma. Duża szansa, że osoba nie pasjonująca się fotografią będzie usatysfakcjonowana dwudniowym wypadem z Nairobi. Już po chwil widać iż Park Narodowy Nairobi prezentuje się bardzo skromnie i po wizycie w Masai Mara można odpuścić sobie safari pod stolicą ze spokojnym sercem.

Jak sprzęt fotograficzny zabrać? Hm, patrząc na innych to mógłbym polecić spokojnie iPhone’a lub jak ktoś ma większe ręce to iPad’a, gdyż jest do dość popularny sprzęt więc pewnie najlepszy. Jednak jeżeli ma się większe wymagania i chciałby widzieć na zdjęciu czy zwierze to zebra czy szakal to średniej klasy lustrzanka plus obiektyw z ogniskową 200 mm jest absolutnym minimum. Karty pamięci zapełniają się także w błyskawicznym tempie, więc bez zapasu wolnego miejsca szybko będziemy kasowali zrobione zdjęcia.

Zdecydowanie Masai Mara trzeba polecić dla osób spędzających kilka dni w Nairobi. Zobaczymy jak będzie w Amboseli, ponieważ porównania z Parkiem Nairobi nie ma żadnego – to jest inna liga.

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Meta

Written by:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *