Masai village, czyli cepelia po masajsku

Po niewątpliwym sukcesie książki (i zdecydowanie mniejszym filmu) Corinne Hofmann „Biała Masajka” w której autorka opisuje przeprowadzkę ze Szwajcarii do małej wioski masajskiej w Kenii, liczba chętnych do odwiedzania osad w Afryce wyraźnie wzrosła. Jak to zazwyczaj bywa w tego typu przypadkach na początku miejscowi przyjmują przyjezdnych z zaciekawieniem i czysto bezinteresownie, lecz szybko orientują się że może być to sposób na życie. Masajowie już się zorientowali.

Masajskie wioski można odwiedzić w pobliżach wjazdów i wyjazdów z rezerwatów zarówno Masai Mara jak i Amboseli. Są one tak lokowane, aby zachęcić turystów do zajrzenia „przy okazji” przejazdu – trzeba wyjść do klienta z ofertą. Dosłownie. Przed taką wioską stoi ekipa powitalna i kasjerzy równocześnie. Wejście plus pakiet all-inclusive to tysiąc szylingów (cena początkowa), czyli około trzydziestu pięciu złotych. Dużo i niedużo. W sumie można spróbować. Każdy kto zapłaci może robić zdjęcia wszystkiemu co się rusza bez ograniczeń, zaglądać w każdy kąt – pełna opcja. Ci którzy nie zapłacili nie idą na straty tylko są odsuwani na parking i przybiega ekipa oferująca souveniry. Tak, tak każdy przyjezdny to bankomat i żadnej okazji miejscowi nie przepuszczą

Po uiszczeniu opłaty przed wejściem pojawia się kilku przebierańców (bo nie wyglądają zbyt autentycznie), a wśród nich jeden w czapie w stylu brytyjskich żołnierzy spod Buckingham Palace, tyle że żółtej. Biega z rogiem i ustawia towarzystwo do fotek. Nie wiadomo co to za jeden i po co mu wielka czapa w upał. Chłopak robi szoł. Nie wszystko trzeba zrozumieć. Wszyscy napstrykali? To zapraszamy dalej na spontaniczny taniec masajski. Wszyscy już wiedzą, że przyjechała wypłata, więc zbierają się przed jedną z chałup i skaczą przez kilka minut. Hop, hop, hooop. Koniec tańca. Fotki z turystami i część towarzystwa się rozprasza. Wieczorki tematyczne w kurortach egipskich to przy tym można uznać za sztukę przez wielkie „SZ”, a autentyczność Wigilii w Klanie za niepodważalną. Szczerze mówiąc takiego cyrku w życiu nie widziałem. Na placu boju pozostaje młody chłopak reklamujący się jako przewodnik.

Wioska to kilkanaście niskich chałup będącymi szkieletami z cienkich gałęzi oblepionych błotem. Na wysuszonych żywopłotach suszą się kolorowe stroje, a pod ścianami domów siedzą mieszkańcy chowając się przed słońcem. Masaje pozostają w jednym miejscu przez kilkanaście lat, a następnie porzucają wioskę i poszukują nowej lokalizacji. Idziemy z „przewodnikiem” do jednego z domów. Przechodząc przez plac, stanowiący centralny punkt wioski, dowiaduję się empirycznie, że jest on cały pokryty odchodami hodowanych zwierząt. Warstwa jest wystarczająco gruba aby zostawić w niej but trekkingowy. Wejścia do chałup są zaskakująco niskie i wąskie. Przeciętnego wzrostu Europejczyk będzie miał trudność z przejściem frontalnie i wyprostowanym. W środku panuje trudny do opisania zaduch co jest wynikiem tego, że połowa domu to zagroda dla zwierząt. Tak cieplej i bezpieczniej. Część mieszkalna to dosłownie kilkanaście metrów kwadratowych zajętych przez legowiska dla całej rodziny i małe czarne palenisko z osmalonymi kociołkami. Całość sprawia wrażenie klaustrofobicznej z racji niskiego dachu i dosłownie minimalnych szpar w ścianach przez które wpadają tylko wąskie stróżki światła, mające trudności z przebiciem się przez zadymione wnętrze. Pada oferta możliwości noclegu za siedemdziesiąt dolarów. Może w folderze dałoby się sprawę przedstawić korzystnie, ale trzeba być nie lada pasjonatem, żeby się skusić widząc to na miejscu. Przewodnik teraz ma niepowtarzalną okazję wciśnięcia souvenirów – z namaszczeniem wyciąga bezcenne zawiniątko, z którym za symboliczną opłatą i ze łzami w oczach może się rozstać. Cenna relikwia to „ząb lwa – Panie autentyczny – przed chwilą upolowałem” – czyli wyszlifowany kawałek jakiejś kości. Wychodzimy.

Na zewnątrz czeka już ekipa z nowym realistycznym przedstawieniem. Trzech chłopaków rozpala ogień. Niesamowite. Nigdy przecież przyjezdny nie widział palącego się ogniska. Szok! Prawdziwy ogień. Oczywiście pogromcy ognia od razu proponują sprzedaż noża+podpałki+kawałka drewna do rozpalania. Argumentują że „kupujący zaimponuje wszystkim znajomym”. Chyba ich pogrzało. No to ja chyba nie zaimponuję. Czym dalej tym lepiej. Szczególnie, że to koniec głównych atrakcji, a dalej mamy wizytę na wioskowym markecie. Na małym placyku stoją w okręgu stoliki. Każdy mieszkaniec ma swoje stoisko i oferuje to samo co sąsiad. Nie kupisz u jednego, a następny w kolejce wciska to samo z identycznym tekstem zachwalającym produkt. Istna komedia. Biegają, łapią za ręce, obwieszają błyskotkami. Szmira, szmirą ale to co wyprawiają Masaje przechodzi ludzkie pojęcie. Trzeba przyznać, że mają jednak talent do handlu. Podobają się ich klapki? Zdejmują i oddadzą za zegarek. Nie za zegarek to za kilka dolarów. A to może zegarka chcecie się pozbyć, a podoba się wam coś w wiosce? Nie wiem co można dostać za zegarek, ale przywiezienie kilku kóz z Kenii sądzę że zaimponowałoby znajomym lepiej niż rozpalenie ogniska w przedpokoju. Wszystko da się sprzedać. Tubylcy robią to z gracją i uśmiechem na ustach.

No cóż wioski masajskie przy głównych drogach do parków narodowych można uznać za istną Cepelię, brak w nich jakiejkolwiek autentyczności. Wszedłem, bo tak założyłem przed przyjazdem, co prawda przeczuwając delikatnie mówiąc naciąganie. Ale nie aż takie. Czy warto wydać kilka dolarów? W sumie można jak ma się dystans i poczucie humoru, bo inaczej miałoby się ochotę wydać całą wioskę na pożarcie głównej atrakcji Masai Mara czyli lwom.

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Meta

Written by:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *