Kierunek: Amboseli

Kolejna wizyta w Kenii. Moje ukochane linie tureckie lotnicze zapewniają moc wrażeń. Najpierw nie organizują nam lotu przesiadkowego w Istambule po awarii w Warszawie, dzięki czemu utykamy na 24 godziny na lotnisku. Najpierw przez pięć godzin jesteśmy przez wszystkich olewani, a następnie przewoźnik wypuszcza nas z voucherem na hotel, którym są karty pokładowe. Hotel okazuje się zwykłym oszustwem. Na recepcji tylko się śmieją, że to stały numer Turkish Airlines. Hotel jest we wskazanym miejscu, karty pokładowe są prawidłowe, ale płacić trzeba z własnej kieszeni. Linie lonicze wypuszczają pasażerów z punktu obsługi, a potem nie ma już jak wrócić na lotnisko z reklamacją, ponieważ ochrona ma taki przykaz, żeby zatrzymywać. Po dwóch dniach na tej samej trasie, tymi samymi liniami,ginie walizka żony. Lata przez kolejne sześć miesięcy i będzie jeszcze podróżować przez kolejne dekady. Przynajmniej jest odszkodowanie. Jeszcze lepiej wychodzi podróż parze lecącej do Mombasy. Tracą walizkę, po czym proponują im przelot z Istambułu do Adis Ababa w Etiopii i tam zalecenia, aby próbować zdobyć bilet to Mombasy. Może w cztery dni dolecą. Nigdy więcej z tymi bandytami nie polecę, jeżeli będzie alternatywa. Po tej krótkiej reklamie można wrócić do tematyki samej Kenii.

Po Masai Mara zostało jeszcze parę punktów na mapie Kenii do których warto dotrzeć. Główny z nich to park Amboseli, następnie jezioro Nakuru, ewentualnie Naivasha, można także wejść na Mount Kenya. Pozostałe atrakcje są stanowczo zbyt daleko, aby dotrzeć do nich mając na to kilka dni. Dodatkowym utrudnieniem są zabójcze ceny za dosłownie wszystko. Najwyżej że jest się lokalnym. My nie jesteśmy, tak więc musimy się pogodzić z kosztami. Mając trochę więcej czasu można pojechać pociągiem do Mombasy, spędzić tam kilka dni na plaży i w mieście. Koniec końców decydujemy się na wizytę w Amboseli oraz przejazd nad jezioro Nakuru. Mount Kenya odpada z racji kosztów, oraz umiarkowanej atrakcyjności samego wejścia.

Ten wpis będzie sporo dłuższy od wcześniejszych, ale jak planujecie wyjazd na safari to pokażę kilka zagrywek ze strony biur z którymi się spotkacie. Organizacja przejazdu samemu może się okazać niemalże tak samo kosztowna w przypadku dwóch osób jak wykupienie przejazdu w biurze, więc decydujemy się z ciężkim sercem pójść do biura, które organizowało nam przejazd do Masai Mara. Przybytek mieści się przy głównej ulicy, obok hipermarketu w pobliżu budynku sądu. Przyjmuje nas pani, która przedstawia się jako Marta i prosi dwóch Egipcjan z którymi rozmawia, aby się namyślili i ona załatwi z nami formalności. Z biurem chcemy spędzić cztery dni, najpierw jezioro Nakuru, przejazd z drobnym zwiedzaniem, dwa dni Amboseli i powrót do Nairobi. Ceny są okrutne, ale już wcześniej robiliśmy rekonesans wysyłając prośby o oferty do kilku biur w Nairobi i to w którym jesteśmy miało zdecydowanie najniższe. Za dwie osoby na cztery dni, wyjazd jest wyceniany na 1500 USD. Płacąc w szylingach kenijskich trzeba przynieść dwie kieszenie banknotów. Płacimy zaliczkę i po kilku dniach czekamy na umówiony transport, czyli początek spektakularnej katastrofy.

No to startujemy. Czekamy na transport o siódmej rano w lobby hotelowym. Z godzinnym opóźnieniem przyjeżdżają zwłoki chyba-toyoty, bo inaczej się tego nie da określić. Podjeżdżamy pod biuro oddalone o kilka minut drogi. Przerzucamy rzeczy do busika w którym siedzi czytająca książkę Japonka. Idziemy dopłacić brakującą sumę za wyjazd do biura i wpadamy tych samych Egipcjan, których spotkaliśmy kilka dni wcześiej. Po pięciu minutach jesteśmy gotowi na wyjazd. Stoimy, czekamy, nic. Pytamy się kierowcy co jest grane, czy ktoś jeszcze będzie. Chyba nie. To na co czekamy? Nikt nie wie. Na dzień dobry mamy dwie godziny opóźnienia, a do według zapewnień Marty powinniśmy około godziny dwunastej być w Nakuru. Kierowca skubie się w głowę i stwierdza, że jedziemy najpierw do Amboseli i nie ma szans żebyśmy dojechali przed trzecią. Tak się nam wydawało według tego co sprawdzaliśmy, że tyle to powinno trwać, ale Marta zapewniała, że mur beton, na dwunastą będziemy. Japonka widać że zaczyna się gotować, bo była już w busiku godzinę przed nami. Idziemy do biura. Marta kłóci się z Egipcjanami i w między czasie zapewnia powołując się na przewodnika, że o dwunastej będziemy w Amboseli bo zmienia się plan. Sorry, dam wam nawet na piśmie kiedy gdzie będziecie. Niech będzie.

Po kolejnych czterdziestu minutach ruszamy. Po co czekaliśmy? O co chodzi? Nikt nie wie, albo nie chce powiedzieć. Przejeżdżamy może z trzy kilometry i postój na stacji. Czekamy. Tępy, gruby i chamski kierowca twierdzi, że nie wie i mu to wszystko jedno, bo mu kazali czekać. Wszystko wyjaśnia się po kolejnym kwadransie, gdy dojeżdżają do nas Egipcjanie. Numer polega na tym:

- Japonka kupiła siedmiodniowe safari, w tym do Amboseli i Nakuru (nieźle zapłaciła)

- my kupiliśmy safari do Amboseli i Nakuru

- Egipcjanie kupili wyjazd do Masai Mara

Do układanki nie pasują nasi koledzy z kraju faraonów. No to było trzeba ich dopasować. Tak więc gdy przyjechali rano do biura zostali poinformowani, że nie pojadą do Masai Mara, pomimo że zapłacili. Ostro ich przerobiono, bo nie mają już czasu żeby jechać z innym biurem następnego dnia. Marta to wie. Od początku: najpierw napatoczyła im się Japonka, która kupiła wyjazd w innym biurze. Biura przekazują sobie klientów (widzieliśmy to już w Masai Mara, ale nie zwróciliśmy na to uwagi). Jak już zapłaciła i jedzie to dorzućmy jej towarzystwo, będzie podwójny zarobek. Więc stwierdzili, że dokleją nas do jej wyjazdu, a potem wykombinowali jeszcze, że można dorzucić Egipcjan chociaż nie jedziemy do Masai Mara. Więc poinformowali ich o fakcie dokonanym, że pojadą do Amboseli. To się chłopaki wkurzyli. Biuro nazywa się Big Time Safari i wystartowało całkiem nieźle. Na tyle że już na tym poziomie wyjazdu można ich rekomendować do unikania szerokim łukiem. Dalej jest jeszcze lepiej.

Docieramy do obrzeży Amboseli po trzeciej. Kierowca na dzień dobry sugeruje, żeby mu nie podskakiwać, bo się nie będzie starał i będzie dla nas źle. To sobie zarobił na napiwek. Dojeżdżamy pięknie spóźnieni, ale pan kierowca ma obiad. Godzina czasu poleciała. Z pół dnia safari zostały nam dwie godziny do zamknięcia, gdyż po zapadnięciu zmroku trzeba wyjechać na zewnątrz. Pojawia się problem. Kierowca nie kupił biletów, bo jadł obiad. Zabawa w kupno biletów trwa przez ponad godzinę. Wszyscy wściekli, a kierowca zadowolony z siebie wjeżdża do Amboseli czterdzieści minut przed zamknięciem rezerwatu.

Atak sprzedawców pod wjazdem na teren rezerwatu.

Atak sprzedawców pod wjazdem na teren rezerwatu.

Wszyscy staramy się wyluzować, żeby mieć przyjemność z wyjazdu. Przy bramie, tak samo jak w Masai Mara, każdy samochód jest otaczany miejscowymi, którzy starają się zarobić na sprzedaży drobiazgów. Ci którzy mają bilety i czekają kilka minut na wjazd, chowają się w samochodach i przeprowadzają potencjalne transakcje przez otwarty dach. Nas po chwili przestają atakować, bo orientują się że pieniędzy z tego nie będzie.

Amboseli zajmuje południowo-zachodnie stoki góry Kilimandżaro na granicy Kenii z Tanzanią. Park różni się znacznie od popularnego Masai Mara nie tylko wielokrotnie mniejszą powierzchnią, ale także tym, że życie skupia się praktycznie w całości w centralnym punkcie parku pokrytym przez bagna oraz jezioro. Turystów przyciąga niezapomniany widok sawanny z ośnieżonym szczytem Kilimandżaro w tle. Zdecydowanie jest to jeden z najbardziej znanych widoków Afryki. Niestety nie zawsze da się go podziwiać z racji gęstych chmur występujących nawet w sezonie suchym. Jeżeli chodzi o zwierzęta to w Amboseli królują słonie, żyrafy, hipopotamy, można także spotkać lwy oraz stada gepardów.

Od razu przy wjeździe trafiamy na stado gepardów. Zwierzęta idealnie wtapiają się w sawannę. Naturalnie nie wolno wysiadać z samochodów. W przypadku wszelkich kotów nie było by szans na ucieczkę, lub obronę. Stado jest już po dobrym obiedzie, ponieważ przechadzające się o sto metrów dalej zebry, nie wzbudzają zainteresowania. Czasu mamy niewiele, lecz mimo to spotykamy stada słoni, w tym jedno kroczące na tle widocznego z pomiędzy chmur szczytu Kilimandżaro. Zwierzęta podchodzą do drogi mając w tle przepiękne, krwisto czerwone słońce spadające błyskawicznie za horyzont. Sawanna rozpływa się w tumanach kurzu na tle czerwono żółtego słońca. Pędząc prawie sto na godzinę wyjeżdżamy poza rezerwat na nocleg. Podczas kolacji wydaje się nam, że rozmowa wychowawcza z kierowcą poprawi sytuację na następne dni (może jak się bandycie zapłaci to coś da, bo chyba na groźby jest odporny). Nasze oczekiwania są czysto bezpodstawne.

Zachód słońca pod Kilimandżaro.

Zachód słońca pod Kilimandżaro.

Następnego dnia ruszamy wcześnie rano. Drobiazgiem jest fakt, że kierowca zapomniał zamówić śniadania i tracimy godzinę. On je chce zjeść, więc będziemy czekali. Jazda po Amboseli jest prostsza niż w Masai Mara. Dróg jest niewiele, a kierowcy zdecydowanie bardziej przestrzegają przepisów i nie zbaczają z drogi. Możliwe, że powodem jest to, że teren jest bagienny i lepiej nie zostać zmuszonym do wyjścia z pojazdu. Spotykamy stada zebr, gnu, guźców, żyrafy. W centralnej części parku zajmowanej przez jezioro – bagno, można także natrafić na hipopotamy, oraz stada rozbieganych małp i wszelkiego rodzaju ptactwo. W tle często pojawiają się małe tornada, stąd wzięła się nazwa Amboseli.

Wszechobecne zebry, chodzą przeważnie gęsiego.

Wszechobecne zebry, chodzą przeważnie gęsiego.

Jazda nie jest męcząca, zwierzęta można spotkać co kilkaset metrów. Widzimy lwy, które upolowały gnu, lecz są zbyt daleko i zdążyły już podzielić swój łup. Wszystko przebiega przyjemnie, aż tutaj o godzinie dwunastej nasz sympatyczny przewodnik stwierdza, że kończymy dzień ponieważ musi odwieźć Egipcjan do bramy, która jest nieopodal. Jazda zajmuje nam półtorej godziny w jedną stronę. Poruszamy się po zupełnych obrzeżach, gdzie nie ma nawet ptactwa. Kierowca na nas klnie, że się czepiamy, bo mieliście być w parku, a nie oglądać zwierzęta, a park jest mały więc już wszystko widzieliście. Sawanna, sawanna, sawanna. Awantura wisi w powietrzu. Gdy docieramy do bramy, Egipcjanie zaczynają rozjeżdżać kierowcę, my dokładamy swoje. No to chłop nas zaskakuje, bo woła żołnierzy żeby zrobili porządek, bo jak twierdzi każemy mu za szybko jeździć. Robi się kocioł i po wytłumaczeniu mundurowym sytuacji, nasz przyjaciel zostaje zbesztany przez największego ze strażników i zwija się za kierownicę bez słowa. W Afryce mundur to władza. Naturalnie powrót do parku mamy tą samą trasą, tyle że kierowca nie przekracza dwudziestu na godzinę. Nic mu nie zrobimy. Możemy tylko polecić biuro: Big Safari Times. Współczujemy Japonce, bo ma zupełnie przechlapane.

Szczyt Kilimandżaro na chwilę wyłonił się zza chmur.

Szczyt Kilimandżaro na chwilę wyłonił się zza chmur.

W Amboseli można podjechać pod wzgórze z punktem widokowym na Kilimandżaro, aby w spokojnej scenerii przechadzających się strusi, słoni i żyraf zjeść lunch. Nam nie dopisuje szczęście i góra chowa się w chmurach. Pomimo tego że do zmroku zostało sporo czasu kierowca olewa prośby o zostanie w parku i wracamy do obozowiska. Próbujemy go zignorować, aby nie zdominował naszego wyjazdu, ale się nie udaje.

Korzystając z okazji że zachód słońca będzie za kilka godzin, negocjujemy ze spotkanym przy drodze Masajem wypożyczenie motocykla. Chłopak z zachwytem się zgadza. Kilka dolarów, a piękna sprawa. Jedzie się szutrową drogą, motocykl gaśnie, przez drogę przechodzą zebry, żyrafy, obok chłopiec przegania do wioski stado krów które pozostawiają za sobą tumany kurzu. Przed wioską masajską krążą ubrani w kolorowe koce mieszkańcy. Mijamy ubranych w kraciaste koce pasterzy. Takie małe elementy są rewelacyjne, nie da się za nie zapłacić, a frajda jest niesamowita. Na chwilę zapominamy, że jutrzejszy dzień pokarze nas naszym ukochanym kierowcą.

Odpowiadając pod koniec na pytanie które wiele osób stawia: Masai Mara czy Amboseli. Nie wiem. Amboseli jest mniejsze, co daje mniej jeżdżenia, zieleń jest intensywna. Zwierzęta są przy wodopoju więc łatwiej jest zrobić zdjęcie. Natomiast w Masai Mara są duże przestrzenie, zróżnicowany krajobraz, a w czasie migracji stad można spotkać olbrzymie grupy zwierząt. Całokształt bardziej przypomina wyidealizowany obraz safari. Chyba wybrałbym Masai Mara, ale nie żebym miał jakiekolwiek zastrzeżenia do parku Amboseli.

Kolejne zebry, dalej gęsiego.

Kolejne zebry, dalej wędrówka gęsiego.

IMG_5956

Masajska wioska w okolicach Amboseli.

Masajska wioska w okolicach Amboseli.

Na obrzeżu bagien.

Na obrzeżu bagien.

Bagna w Amboseli.

Bagna w Amboseli.

Stada małp można spotkać przy jeziorze.

Stada małp można spotkać przy jeziorze.

W tle ginie Kilimandżaro.

W tle ginie Kilimandżaro.

Zachód słońca w Amboseli.

Zachód słońca w Amboseli.

Okolice parku Amboseli.

Okolice parku Amboseli, na wypożyczonym od Masajów motocyklu made in China.

W Kenii trzeba mieć grube kieszenie. Połowa kwoty za safari w dużych nominałach.

W Kenii trzeba mieć grube kieszenie. Połowa kwoty za safari w dużych nominałach.

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Meta

Written by:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *