Po schodach na Adam’s Peak.

W strugach deszczu jedziemy do Dalhousie skąd będziemy mieli bazę wypadową na Szczyt Adama. Sama góra to dopiero piąty pod względem wysokości szczyt na wyspie (ma niewiele ponad 2200 m), ale jest uznany przez wyznawców wielu religii za święty. Na szczycie znajduje się szczelina wielkości około 150 cm, która jest uważana za odcisk Buddy (przez buddystów), Siwy (przez hinduistów), Adama (przez muzułmanów) itd. Najważniejsze jest to że odbywają się na górę liczne pielgrzymki, a interes się kręci.

Pociągi na Sri Lance posiadają swój urok. Stare, dość niewygodne wagony są pozostałością (jak zresztą cała infrastruktura na wyspie) po Brytyjczykach. Miejscowi dbają o spadek po czasach kolonialnych, dzięki temu będzie służył kolejnym pokoleniom. Interesujący może się wydać fakt poniesienia potężnych nakładów finansowych na budowę linii kolejowych na względnie małej wyspie. Powód był dosyć prosty. Brytyjczycy mieli kłopoty z kontrolowaniem obszaru i przemieszczaniem wojsk. Drogi ulegały częstym uszkodzeniom, a liczne przewyższenia i zakręty znacznie opóźniały transport jednostek. Jedynym sposobem na utrzymanie Sri Lanki było wybudowanie infrastruktury kolejowej, dzięki której można było pokazać potęgę Imperium Brytyjskiego (i tym samym zniechęcić do powstań), a także przesłać wojsko do dowolnego punktu (jeżeli nie udałoby się zniechęcić). W chwili obecnej luksusów w pociągach nie ma, ale posiadają swój charakter, są czyste, a widoki za oknami pozwalają spędzić przyjemnie kilkugodzinną podróż.

Późnym wieczorem dojeżdżamy do Hatton skąd musimy przedostać się w kierunku Adam’s Peak znajdującego się około 30 km od stacji. Razem z nami wysiada niewielu turystów. Zaczepiamy dwie Francuzki, które rano chcą ruszyć na szczyt, aby zabrać się jedną taksówką i podzielić koszty. Przez 10 minut zastanawiają się czy jechać, czy zostać i do końca nie wiedzą jaki jest plan. Jest już po dziewiątej wieczorem, droga do hotelu to co najmniej godzina czasu, a o 2-45 trzeba ruszyć na szczyt. Nie zostało wiele czasu na sen. Dziewczyny nie mogą się na nic zdecydować, więc z Chińczykiem, który wysiadł z nami łapiemy taksówkę, uzgadniamy cenę za kurs i jedziemy. Chłopak nie do końca poczuwa się do bycia Chińczykiem, ponieważ jest z Hong Kongu i za dobrze mówi po angielsku, a twierdzi że po chińsku nie zamówi nawet hamburgera. Pracował kilka lat jako makler, rzucił pracę i przez kilka lat będzie jeździł. Jak na razie plan realizuje sądząc po jego wpisach na facebook’u. Droga do skupiska hoteli trwa godzinę. Deszcz zalewa krętą i wąską uliczkę, która leniwie pnie się ku górze.

Rozstajemy się przy hotelach. Wizyta w pierwszym – za drogo, w drugim drogo, ale może być. 1500 rupii za pokój, a że zostało nam maksymalnie kilka godzin snu to nie przejmujemy się standardem. Koniec końców pokoje się czyste, przestronne i przyzwoite, tylko że zapomniano o ogrzewaniu. Pozostaje zjeść liofilizowane spaghetti i chwilę w zimnie się zdrzemnąć.

Wejście na górę trwa około trzech – czterech godzin. Ruszamy z hotelu o 2-45, zaopatrujemy się w wodę i zabieramy ciepłe ubrania. Cztery godziny snu to zbyt mało, ale jeżeli nie chcemy spędzić po środku niczego dwóch dni to musimy ze sobą walczyć. Szybko okazuje się że długie spodnie i polary to zdecydowanie zbyt ciepłe ubranie nawet jak na środek nocy. Poparzone od słońca ręce dają o sobie nadal znać co nie sprzyja noszeniu długich rękawów gdy człowiek się poci. Wejście na szczyt to setki schodów. Trudność nie polega (przynajmniej na początku) na kącie nachylenia stoku, tylko na tym że każdy schodek jest innej wielkości, wysokości, a także odległości od następnych. Dzięki temu trudno złapać rytm i skupić się na wchodzeniu. Po około półtorej godzinie zaczynamy odczuwać pierwsze oznaki kryzysu. Zatrzymujemy się co kilkanaście schodów i odpoczywamy zlani potem. Szczyt nie przybliża się pomimo upływu czasu. Góra wygląda jak wulkan, który ma wybuchnąć. Na szczycie znajduje się świątynia, której światła mienią się w mgle oblepiającej szczyt. Co kilkaset metrów rozlokowały się sklepiki-bary z wodą i owocami. Czym wyżej wchodzimy, tym więcej turystów odpoczywa. Nigdy nie sądziliśmy, że wchodzenie po niesymetrycznych schodach może być aż tak wyczerpujące. Deprymujące jest to że co kilka minut mijamy miejscowych, którzy schodzą z góry, a trzeba przyznać że część z nich jest wiekowa (są to zaopatrzeniowcy wnoszący przez noc artykuły do sklepów). Kiedy dochodzimy do miejsca gdzie nachylenie stoku jest dwukrotnie wyższe niż wcześniej i trzeba piąć się po stromych schodach to traktujemy to jako wielką ulgę. Przynajmniej można złapać rytm.

Na szczyt docieramy o szóstej rano po trzech godzinach wędrówki. Teraz rozumiemy co mieli na myśli autorzy przewodników sugerując zabranie ciepłej odzieży. Na górze wieje, a wilgoć oblepia przepocone ubrania sprawiając, że pielgrzymi trzęsą się z zimna. Na dodatek na górną platformę nie wolno wchodzić w butach, więc na bosaka chodzimy po mokrych kamieniach. Świątynia na górze nie robi wrażenia, jest to w zasadzie kapliczka obchodzona dookoła przez pielgrzymów. Powodem dla którego warto znaleźć się na szczycie przed wschodem słońca jest nietypowe zjawisko. Pierwsze padające promienie słońca rzucają cień wierzchołka góry na chmury znajdujące się poniżej. Dzięki temu szczyt wygląda jakby unosił się w chmurach. Przed laty zdarzało się, że pielgrzymi rzucali się z urwiska w ten właśnie cień wierząc, że w ten sposób dostaną się do lepszego świata (pewne jest to, że rezygnowali z doczesnego). Stoimy wśród śpiewów pielgrzymów i dygocąc z zimna czekamy na zjawisko. Słońce wschodzi, patrzymy, patrzymy i nic nie widać. Ludzie robią zdjęcia mgły. Gdy pytamy się czy widzą zjawisko, lub cokolwiek z wyjątkiem mgły, odpowiadają przecząco. Będą mieli fajne zdjęcia. W końcu strażnik stwierdza ‘tu klaudi tudej, mejbi tumorow’. Nieeeeee. Tumoroł nie ma szans, chyba facet zwariował. Schodzimy i nie wracamy.

Ruszamy z powrotem. Promienie słońca szybko podgrzewają okolicę i nad lasami zaczynają się unosić delikatne chmury. Możemy w końcu podziwiać piękne widoki o których istnieniu nie mogliśmy wiedzieć wchodząc. Lasy rozpływające się w chmurach, zmieniająca się wraz z wysokością roślinność, dla samych widoków warto poświęcić noc i zafundować sobie ból w nogach. Widoki są rewelacyjne i schodzi się dzięki temu łatwiej. Nie zmienia to faktu, że droga to las-schody-las-bar-schody i tak przez trzy godziny. Wydaje się że w dół idzie się zdecydowanie szybciej, ale zegarek nie oszukuje. Czas jest identyczny.

W miejscu w którym zaczynaliśmy wspinaczkę znajduje się na rozwidleniu dróg mała świątynka. Gdy szliśmy w nocy mnisi wskazali nam drogę. Wyglądało to jakby jedna ze ścieżek odchodziła w lewo, a ta która prowadziła na górę, szła przez świątynię. Wchodzący byli proszeni o datek i wpisanie jego wysokości do książki. Za dnia widać jak doskonały interes mnisi rozkręcili. Otóż to dróżka, która jak się wszystkim w ciemnościach wydaje, odchodziła w bok tak na prawdę omijała tylko kapliczkę. Pójście nią oznaczało brak chęci na dorzucenie się do zakonnej kasy. Jako, że światła brak, a wchodzi się przez świątynię to wszyscy wchodzący (przynajmniej po raz pierwszy) płacą. Proste i genialne zarazem. Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a datki płyną niczym rzeka.

U podnóża mijamy pierwsze plantacje herbaty po których chodzą chude kobiety z długimi kijami i workami na zebrane liście. Liczne domy dla pielgrzymów ożyły nad ranem i okolica wygląda jak miejscowość wypoczynkowa. Po godzinie dziewiątej docieramy do hotelu. Zamawiamy taksówkę, która ma nas zabrać na dworzec i możemy się zdrzemnąć. Pociąg odjeżdża o 14-30, droga na dół trwa godzinę, tak więc zamawiamy przejazd na 12-30. Naturalnie przewoźnik nie przyjeżdża. Właściciel hotelu wymyśla kolejne historie i wydarzenia które opóźniają jego przyjazd, broniąc się przed utratą zarobku. Po dwudziestu minutach udaje się nam zatrzymać taksówkę, która zawiezie nas na dworzec. Droga na dół daje możliwość podziwiania przepięknych widoków – jeziora, plantacje herbaty, a wszystko w wyjątkowo ostrych kolorach. W końcu Sri Lanka przestaje nas rozczarowywać.

W dalszym planie podróży mamy zapisaną kilkudniową wizytę na plantacjach herbaty. Miasteczkiem, które uznaje się za dogodną bazę wypadową w tej części wyspy jest Ella, do której można bez problemu dojechać pociągiem. Na stacji działa jedna kasa biletowa, która jest otwierana na 5 minut przed odjazdem pociągu. Problem w tym że nie do końca wiadomo kiedy on odjedzie. Na wielu odcinkach pociągi poruszają się wahadłowo. Maszynista ma prawo ruszyć tylko po otrzymaniu specjalnego żetonu (wielkości mniejszego freesbee), który oznacza że nikt nie będzie się poruszał z naprzeciwka. Rozwiązanie ma tę zaletę, że kolizja jest niemożliwa. Wadą jest fakt, że opóźnienie w którąkolwiek stronę sprawia, że rozkład jazdy przestaje istnieć. Same kasy i system sprzedaży biletów jest żywcem wyciągnięty z XIX wieku – stare urządzenia, telefony i nawet biurka pamiętają czasy wielkości Imperium Brytyjskiego. Jednak wszystko to jest bardzo zadbane i jak widać stanowi powód do dumy dla jego użytkowników.

Do Ella dojeżdżamy późnym wieczorem. Chcąc, nie chcąc wsiadamy tuktuka, który ma zawieść nas do hotelu. Uzgadniamy cenę 100 rupii, która się nam wydaje podejrzanie niska. Faktycznie, była niska, ale i tak zbyt wysoka. Po 100 metrach jesteśmy na miejscu. Dobre, ale przecież muszą jakoś zarobić. Negocjujemy cenę hotelu w samym centrum miasteczka i po nieszczęsnych schodach (znowu) wnosimy pakunki na górę.

Wykończeni staczamy się po schodach do jednej z restauracyjek przy głównej (i zarazem jedynej) uliczce miejscowości. Wybieramy lokal w którym jak uczy doświadczenie, ktokolwiek siedzi, a że płacący rachunek turyści jeszcze zachwalają dania to dajemy się skusić. Nie siedzi się łatwo ponieważ pies właścicielki próbuje odgryźć nogę od naszego stołu, a gdy zostaje przywiązany do barierki szczeka zawzięcie. Dostajemy długo wyczekiwane dania. Ryba jest tak obrzydliwa, że mimo głodu nie jesteśmy w stanie jej przełknąć. Nawet frytki nie nadają się do jedzenia. Zostały usmażone w oleju, który albo służy właścicielce od lat, albo spuścili go ze starego skutera. Może pies chciał nas odciągnąć póki mieliśmy czas, a my go odganialiśmy? Tak czy inaczej danie trafia do czołówki rankingu niezjadliwych potraw. Znajduje się tuż za pysznym rice and curry, które otrzymaliśmy w Anuradhapurze, które miało woń końskich odchodów. W ten sposób głodni i zmęczeni udajemy się do hotelu. Dalszy pobyt zapowiada się optymistycznie ponieważ krajobrazy, które mieliśmy okazję mijać były malownicze.

Tuż po wschodzie słońca mgły unoszą się nad lasami.

Adam's Peak w nocy wygląda jak wulkan.

Na szczycie o 6 rano.

Zmarznięci pielgrzymi na szczycie.

Zmarznięci pielgrzymi na szczycie.

Schody na ostatnim odcinku prowadzącym na szczyt.

Mnisi nad ranem czekają na ofiary.

Kobiety zbierające liście herbaty.

Miejsce przy kamieniu jest for rent.