Z powrotem w Negombo

Kończy się nasz pobyt na wyspie, tak samo jak i sezon na zachodnim brzegu. Wylot do Europy mamy z Negombo oddalonego od nas o sto pięćdziesiąt kilometrów. Jest to blisko i daleko za razem. Początkowo chcemy pojechać autobusem z Hikkaduwy. Okazuje się to trudne do wykonania, ponieważ trasa busów rozpoczyna się w Galle, więc do Hikkaduwy dojeżdżają one już przepełnione. Kilkugodzinna podróż z bagażem na plecach, trzymając się okna na zewnątrz nie wchodzi w rachubę. Można pojechać taksówką do Galle i tam zająć miejsce siedzące, ale jest to strata co najmniej dwóch godzin. Ostatnią opcją jest taksówka bezpośrednio z Hikkaduwy do Negombo. Robimy przejazd przez „biura podróży” otwarte na głównej ulicy i okazuje się że wszędzie cena jest przybliżona. W końcu znajdujemy kierowcę, który zgadza się nas zabrać za 7500 rupii. Kwota jak na Sri Lankę znaczna, ale przynajmniej jeden etap podróży odbędziemy w przyzwoitych warunkach. Rezygnujemy z jazdy autostradą, która kosztowałaby nas kilka dolarów więcej i zaoszczędziła trochę czasu, ale była mniej ciekawa niż jazda przez wioski. Umawiamy się z panem na 14-00 i następnego dnia rano idziemy na surfing.

W dniu odjazdu, gdy rano wychodzimy z pensjonatu, przychodzi do nas kierowca, proponując że jeżeli pojedziemy o godzinie 11-30 to może nas zabrać o 3500 rupii taniej, bo trafiła mu się okazja odbioru ludzi z lotniska. Dwa kursy w jednym. Jesteśmy w stanie ruszyć o 11-45, jako że umówiliśmy się na surfing. Nie może się zdecydować. Bezcelowa dyskusja trwa przez dziesięć minut i ciężko panu wytłumaczyć, że czym później wyjdziemy z hotelu tym później wrócimy. W końcu w ciężkich bólach zgadza się na 11-45. Doskonale, będzie parę rupii więcej na zakupy w Negombo. Wracając z plaży oddajemy skuter. Właściciela nie ma, więc oddajemy papiery, kaski, kluczyki dyżurującej babulince i wracamy spotkać się z kierowcą. Bardzo zależało mu na czasie dlatego spóźnia się pół godziny i stwierdza, że będziemy jechali autostradą pytając się czy chcemy. Odpowiedź negatywna. Ale i tak jedzie, więc zakłada że za nią zapłacimy. Odpowiedź negatywna. Gdy wyjeżdżamy kilkanaście kilometrów za Hikkaduwę do kierowcy dzwoni telefon. Ku naszemu zdziwieniu podaje nam słuchawkę. To właściciel wypożyczalni skuterów u którego zostało nasze międzynarodowe prawo jazdy. Pech. Jego ważność wygasła rok temu, ale w Azji mało kto potrafi to przeczytać i doskonale nadaje się na zostawianie jako depozyt. Niech zostanie, jedziemy dalej. Autostrada to prosta droga na której często mijamy znaki z prośbą o unikanie jazdy pod prąd. Przejeżdżamy przez przedmieścia Colombo pod parlamentem i po niecałych trzech godzinach jesteśmy w Negombo. Naturalnie kierowca wyciąga ręce po opłatę za autostradę którą sam chciał jechać. Dorzucamy się kilka gorszy, ale nie całość, żeby nie czuć się oszukanymi.

W Negombo niewiele zostało nam do zobaczenia. Zatrzymujemy się w tym samym pensjonacie w którym byliśmy na początku wyjazdu. Wynajmujemy skuter i jeździmy po okolicy spędzając większość czasu w porcie obserwując codzienne prace. Z atrakcji turystycznych chcemy popłynąć oruvas, czyli miejscowym rybackim katamaranem. Na plaży gdzie arabscy turyści kąpią się w garniturowych spodniach i koszulach z krochmalonymi kołnierzykami, podchodzimy do stojącej łódki. Właściciel proponuje trzy i pół tysiąca rupii za godziną wycieczkę. Schodzimy do dwóch tysięcy i ruszamy po aparat do pensjonatu. Gdy wracamy wszystko jest gotowe plus dodatkowi pasażerowie. Na łodzi znajdują się już trzy osoby obsługi, a miejsca nie ma zbyt wiele. Redukcji ceny nie ma i w końcu pasażerowie na gapę zostają na brzegu. Krótki rejs to bardzo przyjemny przerywnik. Rybacy polewają żagiel wodą aby chronić go od słońca i szybko odpływamy od brzegu. Po drodze podczepiają się do łodzi rybacy, który chcą oszczędzić siły przy wiosłowaniu. Zabawa nie trwa zbyt długo i oczywiście jest skrócona przez znudzonych rybaków, ale pamiętają za to o upomnieniu się o napiwek. „Goood, good?”. Tak było fajnie. A no to kupcie skrzynkę coca-coli. A miała być godzina a nie czterdzieści minut. Hmmmm. Okej, okej, senk ju, senk ju.

Jedyne co nam pozostało to zaopatrzenie w miejscowe wyroby. Wieczorem ruszamy na łowy. Pierwszego dnia w Negombo zorientowaliśmy się mniej więcej w cenach i zweryfikowaliśmy informacje podczas objazdu. Teraz wiem zarówno co chcemy kupić jak i ile miej więcej można za każdy z przedmiotów zapłacić. Krążymy po straganach podając zaniżone ceny i ustalając w ten sposób minimalną kwotę za którą chcą je sprzedać handlarze. W trakcie targowania wychodzi na jaw ciekawa sprawa. Otóż to towar w sklepach nie jest własnością sprzedających. Gdy na kolejnym straganie oglądamy tę samą maskę przynoszoną z „magazynu” orientujemy się że trzeba chodzić tak długo aż trafi się do sklepu właściciela towarów. Na kolejnym straganiku trafimy na „potentata souveniorowego” i u niego udaje się nam wynegocjować najniższe ceny na wszystkie interesujące nas przedmioty.

Kończymy pobyt na Sri Lance. Jak można podsumować pobyt na wyspie? Czy było warto? Dla osób, które nie były wcześniej w Azji, dawny Cejlon może stanowić bardzo przyjemny wstęp w atmosferę tej części świata i zachętę (lub wręcz przeciwnie) do kolejnych wizyt. Piękne widoki na plantacjach herbaty i względnie spokojne plaże zachęcają do wypoczynku na wyspie nawet z całą rodziną. Pozostałe zabytki… Dla osób które były w Indiach i Tajlandii nie będą niczym nowym. W sumie jest to wszystko podobne tyle że mniejsze, spokojniejsze i mniej zadeptane. Gdy w Polsce panuje zima, w Tajlandii i w dużej części Indii szaleją monsuny to Sri Lanka stanowi bardzo atrakcyjny kierunek wyjazdu. Nie jest to może turystyka ekstremalna, ale czasami warto odpocząć.

Rybackie łódki - oruvas.

Rybacy wynoszą ryby na ląd, a pani "manager" spisuje wagę połowu.

Żagiel na katamaranie.

Rybak w porcie Negombo.

Rybak w porcie Negombo.

Rybacy wracający po połowach.