Blog

Na dobry start nocleg pod kościołem.

Startujemy z wyjazdem w Negombo. Za interesujący można uznać fakt, że bilety kupuje się na wielu serwisach przewoźników do stolicy, ale faktycznie ląduje się około stu kilometrów od Colombo. Blisko? Może i tak, tyle że w tym kraju nie liczy się odległość, ale czas potrzebny na do jej przebycia. Sto kilometrów? Trzy godziny powinny starczyć aby dotrzeć do Colombo. Po kilkunastu godzinach w podróży ten mały dodatek podróżniczy może być zabójczy. Dlatego planujemy zaklimatyzować się i zatrzymać w Negombo przez dwa, może trzy dni i nacieszyć słońcem zanim zapakujemy plecaki i ruszymy w głąb wyspy.

W Negombo lądujemy późno w nocy. Nie mamy jeszcze wizy, ale można ją nabyć na miejscu. Okazuje się, że jest to czynność dosyć czasochłonna. Po odstaniu w godzinnej kolejce i wydaniu pierwszych dolarów możemy udać się do odprawy. W kolejkach na lotnisku mają pierwszeństwo lokalni. Bez względu na to ile się czeka, to miejscowy zawsze jest proszony poza kolejką turystów. Fajnie, przyjemnie na początek.

Po półtorej godzinie ruszamy z dobytkiem w kierunku przystanku autobusowego. Nie jesteśmy pewni czy busy jeszcze kursują, ale o trzeciej w nocy jest na to mała szansa. Pozostaje transport taksówką. Z tym nie ma problemu, negocjujemy z pierwszym napotkanym taksówkarzem, nie pokazując mu specjalnego zainteresowania jego usługami (a tak naprawdę mamy świadomość, że tylko on może nam pomoc wydostać się do miasta) zbijamy cene do kwoty, która jest zbliżona do oczekiwanej i ruszamy. Chcemy się dostać do ‘tourist area’ w której mamy nadzieję znaleźć, pomimo poźnej pory nocleg. Kierowca jedzie pustymi, słabo oświetlonymi ulicami. Po kilkudziesięciu minutach podróży, zabudowa się zagęszcza. Niskie, przeważnie murowane domki poprzyklejane do siebie w sieci wąskich uliczek wyglądają na opuszczone. Driver pokazuje ze jesteśmy mniej wiecej na miejscu. Teraz trzeba znaleźć hotel na te kilka godzin, które pozostały do świtu. Miasteczko wygląda na wymarłe. Na ulicach tlą się gdzieniegdzie latarnie, ale w domach ciemność, pozaciągane okiennice. Cisza, ciemność, brak jakichkolwiek oznak życia. Miasto-widmo. Kierowca puka do drzwi jednego z domów. Słychać krzyki (właściciel nie jest chyba zachwycony) więc ruszamy do drugiego domku. Po dłuższej niż krótszej chwili otwiera nam mocno zaspany mężczyzna ubrany w tradycyjna ‘sukienkę’ – sarong znaną nam z okolic Kerali w Indiach. dalej…

Pierwszy rzut oka na kolorowe Negombo.

Negombo było małą rybacką wioską, aż do momentu gdy Sri Lanka została odkryta jako cud turystyki przez zagubionych hipisów, którzy przywędrowali z pobliskich Indii, gdy na Goa zrobiło się dla nich zbyt gęsto. Nasz plan na pobyt zakłada względny wypoczynek (z praktyki wiemy, że siedzenie na plaży powyżej godziny powoduje nerwowe rozglądanie i oczekiwanie na porę gdy będzie można dalej pozwiedzać). Oczywiście nasza trasa zawiera wszystkie główne punkty turystyczne wyspy. Na początek jazda autobusem na północ w kierunku starożytnego miasta Anuradhapura gdzie znajdują się świątynie, następnie pojedziemy do portu w Trincomale. Dalsza podróż to wizyta na słynnej Lwiej Skale w Sigiryia, świątynie w Dambuli, a potem dawna stolica wyspy Kandy, gdzie znajduje się najświętsza relikwia Sri Lanki- Ząb Buddy. Następnie chcemy udać się na słynne plantacje herbaty, do sierocińca słoni, na Równiny Hortona, a także Adam’s Peak – górę na którą wchodzi się przez kilka godzin po schodach. Na koniec pozostaje safari w parku narodowym i surfing na jednej z plaż na zachodzie wyspy. Taki jest plan, a życie go zweryfikuje.

Nasze ambitne założenie, aby po przyjeździe zdrzemnąć się do godziny 9-tej i szybko ruszyć na miasto okazuje się być znacznie przesadzone, ponieważ o godzinie 13-30 wstaje się zdecydowanie łatwiej i przyjemniej. Upał  przekroczył czterdzieści stopni i rozgrzane powietrze stanowi miłe urozmaicenie po srogiej, polskiej zimie. Idziemy piaszczystą plażą w kierunku portu. Wybrzeże jest niestety zaniedbane, tylko gdzieniegdzie przy większych hotelach sprawia wrażenie z rzadka sprzątanego. Przy zniszczonych, murowanych domach bawią się dzieci, a dorośli siedzą i dyskutują lub patrzą przed siebie znudzonym wzrokiem. W wąskich, zawilgoconych uliczkach prowadzących na plażę porozkładały się małe sklepiki ze słodyczami okupowane przez najmłodszych. Dzieci biegają, puszczają latawce, zaczepiają turystów – widać, że po niszczącym tsunami, które dotknęło wybrzeże sytuacja wraca do normy. „Hello rupiee”, „Mister one dolar” to z pewnością pierwsze słowa wymawiane w tym kraju przez niemowlaki. Roześmiane dzieciaki wyciągają raz za razem ręce po napiwki. Dzieje się tak tylko w bocznych uliczkach blisko ich domów – tam czują się najpewniej i liczą na odrobinę szczęścia. dalej…

Port w Negombo i dlaczego lepiej nosić t-shirty z długim rękawem.

Wczesnym rankiem, przed wschodem słońca, zwlekamy się z łóżek, aby zobaczyć rybaków wracających do głównego portu w Negombo. O tak wczesnej porze nie można liczyć na spotkanie wielu tuk-tuków, ale ich właściciele muszą mieć równocześnie świadomość, że o klientów także nie jest łatwo. Drugi z zatrzymanych przewoźników ustala z nami akceptowalną cenę. Wystartował od 500 rupii, następnie obstawał mocno przy 200 rupiach, ale stanęło na kwocie 150 rupii (dla miejscowych cena to pewnie nie więcej niż jedna trzecia tej kwoty). Jedziemy. Po kilku minutach pan się zatrzymuje i stwierdza że pomyliło mu się i myślał iż port jest bliżej, więc 200 rupii go usatysfakcjonuje. Nas nie. Zrzędzi i marudzi, ale dojeżdżamy do celu. Tak, zdecydowanie ten klimat ciągłych negocjacji i niespodzianek nam odpowiada.

Wysiadamy przy porcie rybackim, gdzie odbywa się głównie handel hurtowy. Pomimo tego, że słońce jeszcze nie wstało to interesy są ubijane od dłuższego czasu. Przy kilkudziesięcio metrowym, betonowym nabrzeżu zacumowały kutry i małe łódki rybackie. Pierwsze łodzie zostały już wyładowane i ich właściciele pozbyli się połowów. Na placu leżą przeróżne ryby, począwszy od małych poprzez płaszczki, na rekinach zakończywszy. Przy większych rybach trwają negocjacje i aukcje, gdzie nabywcy chodząc po zalanym krwią asfalcie, przebijają się ofertami. Zakupione rekiny są ciągnięte hakami do ciężarówek-chłodni. Nieliczni sprzedawcy-detaliści siedzą na stołeczkach i smutnie spoglądają na otoczenie, licząc że pozbędą się ostatnich rybek zanim wzejdzie słońce i zacznie się upał. Na targ przychodzą także gospodynie domowe i wprawnym okiem oceniają towar, żeby porozmawiać na temat uczciwej ceny. Zakupiony towar jest patroszony według instrukcji (często na krawężniku gdy handlarz nie posiada nawet pieńka) i wędruje do siatek. Przy nabrzeżu powstał targ na którym można kupić wypatroszone ryby „w detalu”, albo negocjować cenę za wielkie pudła wypełnione lodem i rybami. Turystów o tej porze w tym miejscu nie ma, tak więc jesteśmy dla rybaków atrakcją, chociaż traktują biznes priorytetowo i po kilku minutach przestają na nas zwracać uwagę.

Wracamy do „tourist area” aby wypożyczyć skuter niezbędny do wyjechania poza miasto. Zatrzymujemy tuk-tuka i po uzgodnieniu ceny jedziemy do hostelu. Kierowca od razu twierdzi że wie gdzie ma jechać. Gdy jesteśmy już blisko to kierowca próbuje zrobić ten sam numer z którym mieliśmy do czynienia nad ranem. „Sorry, me don’t know to far, yes, yes, 50 rupies more, yes, okey, yes, sir?”. dalej…

Poya, czyli pełnia księżyca w Anuradhapura. Świątynie w Mihintale.

Rozpoczynamy właściwy objazd wyspy. Wczoraj korzystając z wypożyczonego skutera sprawdziliśmy możliwości przejazdu do Anuradhapury. Podróż pociągiem nie jest możliwa, pozostaje nam tylko autobus. Pomimo, że Anuradhapura jest jednym z głównych miast na wyspie to nie ma do niego bezpośredniego dojazdu z Negombo. Czeka nas przesiadka w Kurunegali oddalonej od nas o 75 km. Szacowany czas przejazdu dystansu 180 km to zaledwie 5 godzin. Ekspresowo o ile nic się nie zepsuje.

O piątej rano wsiadamy na skuter i jedziemy w poszukiwaniu drugiego fish-market za miastem. Chcemy także zobaczyć powracające z połowów ‘oruwas’, czyli wąskie łódki-katamarany służące od pokoleń rybakom. Nic z tego – targ rybny jest jeszcze zamknięty, a po łódkach ani śladu. Nieliczne stoją na plaży, ale chyba dlatego że nie wypłynęły w morze. Spróbujemy ponownie pod koniec pobytu. Wczorajsza wycieczka po batiki dała się nam mocno we znaki. Skóra na rękach nabrała nieprzyjemnego koloru łososia, ale na szczęście nie schodzi, jednak przestała przepuszczać pot. W upale, pot zbiera się pod skórą tworząc pęcherzyki podobne do tych na folii bąbelkowej. Przy uderzeniu w rękę pęcherzyki wielkości kilku milimetrów pękają chlapiąc na wszystkie strony. Nie wygląda to dobrze.

Przy oddawaniu skutera mamy wątpliwości czy właściciel wypożyczalni cokolwiek kontaktuje gdyż trunki procentowe mocno wstrząsnęły jego błędnikiem, ale daje radę i zwraca nam kaucję. Wracamy po bagaże i zapakowanym szczelnie tuk-tukiem jedziemy na dworzec autobusowy. Kupujemy bilety u kierowcy i czekamy na odjazd, który ku naszemu zdziwieniu jest dosyć punktualny. Autobus noszący liczne obrażenia i będący co najmniej pełnoletnim, posiada swój niepowtarzalny charakter. Defekty karoserii zostały czule naprawione młoteczkami, wyklepane i zalepione. W każdym miejscu pojazdu widać mnóstwo pracy i uczucia którym darzą go właściciele (i zarówno okrucieństwa skoro doprowadzili go do takiego stanu). Na przodzie autobusu powstał ołtarz-dyskoteka. Gustowna dekoracja mieni się w kilkunastu kolorach. Wyjątkowe bezguście, ale może się po prostu nie znamy. Z miejscem siedzącym nie jest lekko. Niby w jednym rzędzie powinno się zmieścić 5 osób (za kierowcą trzy, a po drugiej stronie dwie), ale na trzyosobowym siedzisku ledwo się mieścimy we dwójkę. Widocznie w tutejszych warunkach jesteśmy niewymiarowi. Konsekwentnie jest na nasze miejsce dosadzana trzecia osoba, ale musi być to dla niej trudne przeżycie ponieważ najzwyczajniej w świecie się nie mieści. Mnisi stanowią osobną kategorię pasażerów. Gdy wsiada grupa zakonników to siedzący pasażerowie są przeganiani (a dzieje się to bez słowa protestu). Nas nie ruszają, ale zapewne z powodu kłopotów z komunikacją. Już po 3 godzinach jazdy jesteśmy w Kurunegali oddalonej o 75 km od Negombo. Dobrze że widoki podczas jazdy rekompensowały niewygody. Fakt że zasnąć nie jest łatwo przy stylu jazdy wyspiarzy, który można określić jako samobójczy. Jazda pod prąd, lewe koła jadą szutrowym poboczem, spychanie mniejszych pojazdów jadących z naprzeciwka to standard. Szybka przesiadka na zatłoczonym placu i siedzimy w autobusie jadącym do Anuradhapury. Po kolejnych 2 godzinach wysiadamy zmaltretowani na głównym dworcu w Anuradhapura i zostajemy oblepieni przez tłum taksówkarzy i rykszarzy.

Musimy uwierzyć we względną uczciwość rykszarzy przy znalezieniu noclegu na najbliższe dni (pomimo tego że wiemy iż tego typu zjawisko jak uczciwość w tym przypadku nie wystąpi). Prosimy o zawiezienie do taniego hotelu. Rykszarz posiada dziwne pojęcie wartości pieniądza skoro uważa, że nocleg w pokoju bez okien za 100 USD można uznać za dobry i tani. Robimy tourne po kilku pensjonatach, ale ceny kształtujące się na poziomie 50 USD za pokój bez ciepłej wody nie zachęcają do zostania. Wszystkie odwiedzane miejsca są czyste i zadbane, ale ceny nie są adekwatne do standardu, a na pewno do kwot jakie zarabiają miejscowi. Na czwartym przystanku gdy właściciel z przekrwionymi oczami proponuje 40 USD za pokój bez okna odwracamy się na pięcie i ruszamy dziarsko do rykszy. Typowe „last price my friend” i podajemy, że możemy zapłacić, ale 30 USD i to za dwie noce (i tak rozrzutnie). Johnny, gdyż tak się przedstawia szef biznesu, swoją drogą swojsko brzmiące hinduskie imię, początkowo się wzdryguje, ale widzi że na więcej nie ma szans więc biegnie po nasze plecaki. dalej…

Co my robimy w Trincomale?

Budzik dzwoni rano bezlitośnie. Przez noc kran wciśnięty na siłę w ścianę wytrzymał i nie utopiło nam pokoju. Pakujemy resztki rzeczy i czekamy na przyjazd zamówionej przez Dżonego rykszy. Nic z tego, ponieważ albo nasz przyjaciel zapomniał zamówić transport, a powiedział że dzwonił, albo przewoźnik zarobił wczoraj wystarczająco aby jego motywacja spadła do zera. Tak czy inaczej Johnny macha, że zawiezie nas własnym pojazdem na dworzec. Wsiadamy do zupełnie zdezelowanego samochodu. Tapicerki nie ma od lat, szyby się nie otwierają, albo dawno wypadły, a kluczyki do odpalenia są zbędne. Po dłuższych obserwacjach stwierdzamy, że kiedyś, dawno temu był Lancer (ale było to tak dawno temu, że to już nie prawda). Nasz gospodarz honorowo nie bierze za kurs i wraca dalej pić i palić zioło z Holendrem. Ciężkie życie ma chłopina.

Autobus do Trincomale trzyma standard do którego się przyzwyczailiśmy, chociaż na przodzie brak jest ołtarzyka-dyskoteki. Zbita przednia szyba nie jest uważana za zbyt istotną usterkę aby skusić się o jej usunięcie. Jedziemy ściśnięci jak sardynki przygarniając na reszki trzeciego miejsca kolejnych pasażerów. Smutna prawda jest taka, że nie mają się jak zmieścić, ponieważ na tutejsze warunki jesteśmy za szerocy/za grubi, grunt że się nie mieścimy. Jedziemy przez piękne tereny, podziwiając widoki i mając nadzieję, że kolejny zjazd na pobocze z szybkością 80 km/h nie zakończy się wywrotką. Po pewnym czasie pojazd odmawia posłuszeństwa. Toczymy się do najbliższej stacji naprawy, gdzie podstawowym narzędziem jest potężny młot. Okazuje się że odpadało nam koło. Panowie szybko coś wygięli, zagięli, przyłożyli parę razy mocniej i bus jest jak nowy. Już po niecałych czterech godzinach pokonujemy zawrotną odległość 110 km. dalej …

Lwia Skała w Sigiryia

Dojeżdżamy do Sigiryia późnym wieczorem, już po zapadnięciu ciemności. Zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym hostelu. Właściciel twierdzi, że znajdujemy się kilkaset metrów od Lwiej Skały, której z powodu ciemności nie widać. Wierzymy. Lwia Skała to obowiązkowy punkt każdej wycieczki po Sri Lance. Na szczycie magmowej skały stoją pozostałości pałacu króla Kassapy (473–491), który wszedł na tron po zabiciu swojego brata. Wysoka skała wznosi ponad tropikalny las będą jednym z symboli wyspy. Z tego co wynika z przewodników to na górę o wysokości 370 metrów prowadzą strome stopnie. U stóp góry znajdowała się w przeszłości olbrzymia rzeźba lwa przez której paszczę wchodziło się na schody. Do dzisiejszych czasów zachowały się jedynie łapy zwierzęcia.

Wędrówka na górę w upale zapowiada się męcząco, tak więc wstajemy wcześnie rano. Idziemy na piechotę do podnóża góry. Po drodze mijamy wielu miejscowych, którzy oferują przejażdżki na słoniach, figurki słoni, kąpiel ze słoniami, widocznie dla niemieckich i holenderskich turystów stanowi to rarytas. Za wejście pod Lwią Skałę płacimy słono w kasie i rozgrzewającym ziemię słońcu podziwiamy olbrzymią skałę wyrastającą wśród dżungli. Pierwsze zorganizowane wycieczki dotarły już pod górę. Liczni wyspiarze zachęcają do skorzystania z ich usług jako przewodników. Atakują nas sprzedawcy drobiazgów. Jednym z oferowanych przedmiotów są  ‘secret box’ – kawałki drewna w kształcie książki ze schowanymi skrytkami. Porządnie wykonane i ciężkie, ale przy cenie wywoławczej dosyć kosztowne. Jak na razie nie udało się nam dokonać żadnych zakupów na Sri Lance z wyjątkiem materiałów z Trincomale więc jesteśmy potencjalnie zainteresowani. Pierwsza cena to jedyne 100 USD za sztukę. Sprzedawca schodzi do 50 USD i stwierdza że niżej się nie da. Trudno. Pod skałę prowadzi długa droga wzdłuż której w przeszłości stały domy poddanych króla Kassapy. Teraz nie ma nic więcej niż zarysy nielicznych fundamentów. Kiedy dochodzimy do pierwszych schodów pojawia się przy nas sprzedawca. Przekonujemy go że więcej niż 10 USD nie damy i biedak schodzi do 15 USD. Dobra cena. Bierzemy. dalej…

Najbrzydsze świątynie na świecie – Dambulla.

Tuk tukiem za 800 rupii przejeżdżamy z Sigiryia do miasteczka Dambulla. Główną atrakcją okolicy są świątynie i groty z posągami Buddy. W 2006 roku na jej terenie został przeprowadzony zamach terrorystyczny w wyniku którego zginęło ponad 90 osób. Jednak wojna z Tamilskimi Tygrysami dobiegła końca i miasteczko można uznać za spokojną okolicę. Nasz przewoźnik nie odpuści dodatkowego zarobku na kursie i usilnie stara się nam znaleźć nocleg. Nie protestujemy ponieważ wszystko jest zależne od ceny i standardu który otrzymamy. Zatrzymujemy się przy jednym z wielu małych hotelików przy głównej ulicy. Rykszarz wykazuje się lepszym refleksem i pierwszy znajduje się na recepcji. Właściciel dość niechętnie z nim rozmawia i ewidentnie mu odmawia. Próbuje porozmawiać z nami. Dosyć dobrze mówi po angielsku, cena jest rozsądna, a pokój czysty. Przewoźnik bardzo się broni twierdząc, że hotel jest zły itd, a najchętniej zapewniłby nas o braku miejsc, ale skoro już bagaże są w hotelu to możemy mu nie uwierzyć. Hotelarz odmówił mu zapłacenia prowizji i z tego faktu wynika rozczarowanie pana. Dajemy mu napiwek i żegnamy. Kręci się po ogródku licząc na dodatek od właściciela i w końcu odjeżdża.

Dambulla jest dla nas przed przyjazdem niewiadomą. Wzmianki na jej temat znajdują się w każdym przewodniku, ale nie poświęcono jej zbyt wiele miejsca. Wiemy, że brak opisu nie oznacza że miejsce jest bez atmosfery i że będzie mniej interesujące niż główne zabytki. Po Lwiej Skale chyba już nas dzisiaj mało rzeczy jest w stanie rozczarować. Złota świątynia znajduje się kilkaset metrów od hotelu. Nie ma na co czekać – idziemy. Upał doskwiera, ale po przejażdżce tuk tukiem i orzeźwiającym pędzie powietrza, lepiej go znosimy. Dochodzimy na teren świątyń. Przy samym wejściu stoi złota dagoba. Starannie wykonana, złoto/żółty kolor lśni w ostrym słońcu odbijając promienie. Za nią stoi masywny budynek, będący jedną ze świątyń. Bezsprzecznie niczego równie kiczowatego i brzydkiego jeżeli chodzi o konstrukcje tego typu nie widzieliśmy. Budowla ma dwa piętra, a wchodzi się do niej przez otwartą paszczę szczerzącego zęby potwora z wyłupiastymi oczami. Schody wyglądają jak język. Nad całością góruje wielki złoty Budda. Całość sprawia wrażenie takie, że Budda siedzi na potworze, któremu aż wyszły oczy z orbit i wypadł mu z paszczy język. Nie wiemy czy taki był zamysł artysty, ale piękna nie można tej budowli zarzucić. dalej…

  Sierociniec słoni w Pinnawela.

Szybko opuszczamy Dambulle. Jesteśmy obecnie na najbardziej popularnym szlaku przemierzanym przez prawie wszystkie wycieczki po wyspie. Następnym przystankiem będzie dawna stolica Sri Lanki – Kandy, której głównym zabytkiem jest Świątynia Zęba w której jest przechowywany ząb Buddy. Planujemy na początku zdobyć zakwaterowanie w Kandy i od razu pojechać do sierocińca dla słoni w Pinnawela, a dopiero później skupić się na mieście.

Jak na razie nie pisane jest nam jazda pociągami w których można względnie odpocząć, Jesteśmy skazani na ślimaczo wolne autobusy. Dowiedzieliśmy się od właściciela hotelu że dworzec jest kilka kilometrów od miejsca w którym się znajdujemy. Jedziemy może 1000 metrów, a rykszarz zatrzymuje się na przystanku i twierdzi, że to koniec jazdy. W tym miejscu wsiadanie nie do końca nam pasuje gdyż daje gwarancję stania przez kolejne kilka godzin w ścisku, a nie siedzenie (też w ścisku). Tuktukarz odmawia dalszej jazdy, ale chce pieniądze za kurs na dworzec na który nie dotarł. Zamiast 150 dostaje 100 rupii, a my wpychamy się do zapchanego doszczętnie autobusu. Ku naszemu zdziwieniu puszczają nas na miejsca siedzące dwie dziewczyny. Nie chcemy siadać, ale kilka osób niemalże wpycha nas na siedzenia. Możliwe że stojąc zajęlibyśmy miejsca na sześć osób, tak więc ekonomia zwycięża.

Wytrzęsieni dojeżdżamy na zatłoczony dworzec w Kandy. Tradycyjnie przy pomocy tuktukarza znajdujemy nocleg. Droga która prowadzi do guest house’a wznosi się wysoko nad główną część miasta co zagwarantuje nam dodatkową ogólnorozwojówkę. Pokoje w porządku, cena umiarkowana więc całość na plus. Porzucamy bagaże i powrót na dworzec autobusowy. Aby dojechać do sierocińca słoni musimy wyjechać za miasto na zachód i wysiąść na 36 kilometrze drogi, a dalej dojechać rykszą. Proste.

Kupujemy trochę słodyczy na drogę, przy pomocy tubylca znajdujemy poobijany autobus na zatłoczonym placu będącym dworcem i jedziemy. Według wskazówek wysiadamy w odpowiednim miejscu. Przy drodze rozłożyło się kilka małych sklepów licząc na zakupy dokonywane przez przesiadających się. Kilku przewoźników pojawia się w naszej okolicy przekrzykując się głośno. Uzgadniamy cenę i jedziemy.

W czasie drogi kierowca próbuje nam sprzedać kilka słonio-pakietów w stylu jazdna na słoniu, kąpiel na słoniu, żywienie słonia itd. Pewnie zaproponowaliby także strzelanie do słoni jakby nie było karane, a byliby chętni. Podczas jednego z wyjazdów słyszeliśmy, że znajomi mieli w Wietnamie propozycję strzelania do krów z bazuki. Najbardziej przerażający jest fakt, że jeżeli padła taka propozycja to muszą być na taką ofertę klienci. W każdym bądź razie trenujemy asertywność i wąską zalesioną drogą dojeżdżamy niby-na-miejsce. Płacimy i chcemy wysiadać, ale zaczynamy mieć wątpliwości, czy jest to miejsce o które nam chodziło. Czytaliśmy, że w okolicy znajdują się także fundacje zajmujące się zwierzakami, a w miejscu w którym nie ma informacji, że jest to sierociniec, ani nazwy Pinnawela. Przewoźnik zapewnia, że jesteśmy w miejscu o które nam chodziło i to właśnie tutaj wszyscy przyjeżdżają. W końcu tuktuarz za bardzo zaczyna się upierać, że to właśnie tutaj i zachwalać ofertę fundacji. Wiemy już że to nie tutaj, szczególnie że stoimy przy słupku z napisem 3 km co sugeruje że od głównej drogi odjechaliśmy taką właśnie odległość.  Jedziemy dalej. Gdy na słupku pojawia się szósty kilometr mijamy równocześnie tabliczkę z napisem Pinnawela. Cudownie. Czujność przede wszystkim.  Zatrzymujemy się, a tuktukarz znowu chce pieniądze. Pokazujemy mu że umówił się na sześć kilometrów i dokładnie tyle przejechaliśmy. Bardzo się upiera twierdząc, że liczba nie pokazuje odległości. Proponujemy zakład i dodatkową pracę.  Niech na nas zaczeka i jeżeli z Pinnaweli jest dalej do głównej drogi to zapłacimy mu za transport w dwie strony i to podwójnie. Jeżeli nie to mamy przejazd za darmo. Nie chce się założyć. W końcu stwierdza, że umówił się na kwotę, ale musi przyjezdnych naciągać, bo to jego praca. Szczery aż do bólu. To by było na tyle. Pan narzeka a my idziemy dalej. dalej…

Szybki rzut oka na Kandy.

Dalada Maligawa czyli Świątynia Zęba to najważniejsza budowla na Sri Lance. Położona nad jeziorem Kandy budowla jest miejscem przechowywania jednej z najświętszych relikwii buddyzmu – zęba Buddy (dokładniej to lewego górnego siekacza, który według legendy uniósł się nad stosem na którym było palone ciało Nauczyciela sugerując chęć zostania na ziemi). Zgodnie z tradycją osoba posiadająca relikwię miała prawo do panowania nad wyspą. Podczas wojen mieszkańcy myśleli przede wszystkim o chronieniu relikwii i za wszelką cenę walczyli o utrzymanie jej na wyspie i wyłączając krótki okres gdy została przeniesiona do Indii to im się udało. Z turystycznego punktu widzenia nie obiecujemy sobie zbyt wiele jeżeli chodzi o zwiedzanie świątyni, ale nie wypada tego miejsca ominąć. Trzy razy dziennie odbywa się puja – czyli modlitwy, składanie ofiar podczas których otwierany jest pokój gdzie leży schowany ząb. Po zachodzie słońca turyści mogą wejść do środka i zobaczyć wewnątrz kaplicę, tak więc wieczorem idziemy pod świątynię.

Białe budynki świątynne leżą w centralnym punkcie Kandy. Zabudowania są zdecydowanie większe niż się spodziewaliśmy, chociaż nie oznacza to, że można je uznać za masywne. Przy wejściu do świątyni panuje dosyć poważne zamieszanie. Ze środka dobiegają dźwięki bębnów i piszczałek. Widząc napis, że w butach nie wolno wchodzić i nie chcąc się przepychać do przechowalni, bierzemy je w ręce i wchodzimy po schodach. Trudno powiedzieć czy to wejście, czy wyjście, ale idziemy. Na górze strażnik ubrany w tradycyjny, odświętny strój kończy naszą wędrówkę odsyłając na dół do kasy ukrytej za przechowalnią butów i bagaży. Tłum wchodzi i wychodzi z budynku, wszyscy chcą zdążyć przed zamknięciem sali z zębem. Nagle, gdy jesteśmy w połowie drogi do przechowali, słychać wrzaski, odwracamy się i gruby przewodnik krzyczy coś chyba do nas po miejscowemu. Na początku nie wiadomo o co mu chodzi, ale co jakiś czas bełkocze „teekeet”, więc wynika, że próbuje nam przekazać że trzeba kupić bilet. Dziękujemy i gdy odwracamy się w kierunku kas dostaję cios pięścią w plecy. Gość macha rękami jak wiatrak, męczy się mówiąc pojedyncze słowa po angielsku. Po chwili pojawiają się jego turyści – chyba Francuzi z jego grupy. Próbuje się chłop popisać, ale trudno stwierdzić czym. Robi się awantura. Krzyczymy do siebie radośnie wiedząc, że raczej się nie porozumiemy (okazuje się że nie jest biegły w polskim). Chcemy wezwać strażnika, żeby zaopiekował się przemiłym przewodnikiem. Odpuszczamy i idziemy po bilety. Spodziewając się że w środku może być niewiele do zobaczenia, decydujemy się na wejście dla jednej osoby. Zostawiamy buty i wracamy do wejścia. Nasz ulubiony przewodnik dalej się drze i podbiega. Odchodzimy kilka metrów i łapiemy przy budce z informacją strażnika w mundurze i podchodzimy do pana. W dalszym ciągu macha rękami i bełkocze o biletach. Pokazujemy bilety strażnikowi i mówimy żeby faceta zabrali. Zaczyna się dyskusja. Gdy strażnik wraca na chwilę do budki to bohater-przewodnik najpierw chowa się za zbierającą się na dole grupą, aż w końcu szybkim krokiem odchodzi w kierunku parkingu. Gdy strażnik wraca to po panu nie ma już śladu. Lokalni przewodnicy są jak widać interesującą grupą zawodową na wyspie.

Do środka wchodzi się przez krótki obłożony malowanym drewnem tunel. Na parterze przy samym wejściu znajdują się na lekkim podwyższeniu metalowe, zdobione drzwi przed którymi stoi ubrany na biało strażnik. U stóp schodów dwóch muzyków głośno gra na piszczałce i bębnie. Wzdłuż krótkich schodów stoją ustawione olbrzymie kły słoni. Wyczuwalna jest odświętna atmosfera. Z wcześniej oglądanych zdjęć wnioskowaliśmy, że właśnie za tymi drzwiami znajduje się relikwia. Jednak nie. Trzeba wejść na piętro. Na górze znajduje się dosyć nieduże (jak na tej wagi świątynię) drewniane pomieszczenie w kształcie odwróconej litery ‘T’. Po środku znajduje się ołtarz zasypany kwiatami nad którym czuwa kapłan, a wzdłuż ścian siedzą wierni czekając w kolejce, aby zobaczyć przez chwilę szkatułkę z zębem. Kolejka nie jest długa, lecz posuwa się dosyć wolno. Relikwia jest przechowywana w składającej się z siedmu części złotej szkatułce w kształcie dagoby. Tylko specjalni goście mogą zobaczyć relikwie, a zwykłym śmiertelnikom zostaje widok opakowania, któremu nie wolno robić zdjęć. Faktycznie całość prezentuje się okazale, ale po 20 sekundach jest się przepychanym dalej. W budynku świątynnym znajduje się jeszcze kilka pomieszczeń z ołtarzami, ozdobionymi kośćmi słoniowymi i zasypanymi kwiatami. Na kilku z nich znajdują się karteczki z prośbą o nie wąchanie kwiatków przeznaczonych dla Buddy. Na tarasie znajdującym się nad dolną częścią świątyni palą się kadzidła i wierni palą świeczki. Przy dźwiękach bębna i piszczałek przyjemnie zwiedza się świątynię, ale po maksymalnie 20 minutach (nie licząc kolejki) następuje koniec. Wiele w środku nie ma do zobaczenia, a wartość świątyni wynika zdecydowanie ze znaczenia jakie ma dla wiernych. Jednak jeżeli jedzie się przez wyspę to nie wypada tutaj nie przyjechać. dalej…

Po schodach na Adam’s Peak.

W strugach deszczu jedziemy do Dalhousie skąd będziemy mieli bazę wypadową na Szczyt Adama. Sama góra to dopiero piąty pod względem wysokości szczyt na wyspie (ma niewiele ponad 2200 m), ale jest uznany przez wyznawców wielu religii za święty. Na szczycie znajduje się szczelina wielkości około 150 cm, która jest uważana za odcisk Buddy (przez buddystów), Siwy (przez hinduistów), Adama (przez muzułmanów) itd. Najważniejsze jest to że odbywają się na górę liczne pielgrzymki, a interes się kręci.

Pociągi na Sri Lance posiadają swój urok. Stare, dość niewygodne wagony są pozostałością (jak zresztą cała infrastruktura na wyspie) po Brytyjczykach. Miejscowi dbają o spadek po czasach kolonialnych, dzięki temu będzie służył kolejnym pokoleniom. Interesujący może się wydać fakt poniesienia potężnych nakładów finansowych na budowę linii kolejowych na względnie małej wyspie. Powód był dosyć prosty. Brytyjczycy mieli kłopoty z kontrolowaniem obszaru i przemieszczaniem wojsk. Drogi ulegały częstym uszkodzeniom, a liczne przewyższenia i zakręty znacznie opóźniały transport jednostek. Jedynym sposobem na utrzymanie Sri Lanki było wybudowanie infrastruktury kolejowej, dzięki której można było pokazać potęgę Imperium Brytyjskiego (i tym samym zniechęcić do powstań), a także przesłać wojsko do dowolnego punktu (jeżeli nie udałoby się zniechęcić). W chwili obecnej luksusów w pociągach nie ma, ale posiadają swój charakter, są czyste, a widoki za oknami pozwalają spędzić przyjemnie kilkugodzinną podróż.

Późnym wieczorem dojeżdżamy do Hatton skąd musimy przedostać się w kierunku Adam’s Peak znajdującego się około 30 km od stacji. Razem z nami wysiada niewielu turystów. Zaczepiamy dwie Francuzki, które rano chcą ruszyć na szczyt, aby zabrać się jedną taksówką i podzielić koszty. Przez 10 minut zastanawiają się czy jechać, czy zostać i do końca nie wiedzą jaki jest plan. Jest już po dziewiątej wieczorem, droga do hotelu to co najmniej godzina czasu, a o 2-45 trzeba ruszyć na szczyt. Nie zostało wiele czasu na sen. Dziewczyny nie mogą się na nic zdecydować, więc z Chińczykiem, który wysiadł z nami łapiemy taksówkę, uzgadniamy cenę za kurs i jedziemy. Chłopak nie do końca poczuwa się do bycia Chińczykiem, ponieważ jest z Hong Kongu i za dobrze mówi po angielsku, a twierdzi że po chińsku nie zamówi nawet hamburgera. Pracował kilka lat jako makler, rzucił pracę i przez kilka lat będzie jeździł. Jak na razie plan realizuje sądząc po jego wpisach na facebook’u. Droga do skupiska hoteli trwa godzinę. Deszcz zalewa krętą i wąską uliczkę, która leniwie pnie się ku górze. dalej…

  Dni na malowniczych plantacjach herbaty.

Wstajemy wcześnie rano, aby zdobyć środek transportu, którym będziemy się przemieszczali po plantacjach herbaty. Po całonocnym wchodzeniu i schodzeniu z Adam’s Peak ból nóg daje się we znaki, ale są to raczej lekkie zakwasy, a nie zmęczenie utrudniające chodzenie. Myśleliśmy, że będzie gorzej. Chcemy wynająć skuter, ale okazuje się to dosyć trudne. Wycieczkami na plantacje zajmują się tuktukarze, a mało jest chętnych do wynajęcia pojazdów. W kawiarence internetowej znajdujemy informację, że wynajmują skutery. Informacje to jedno, ale rzeczywistość to rzecz zupełnie odmienna. Skuter faktycznie jest dostępny, ale bez koła co zmniejsza jego ruchliwość. Zostały tylko motory, a na nie nie mamy prawa jazdy. Dyskusje trwają, ponieważ chłopakowi z kawiarenki trudno pogodzić się z utratą zarobku. Proponujemy mu, żeby pożyczył skuter od rodziny/kolegi/znajomego. Ze znajomością angielskiego jest u niego kiepsko, więc nie rozumie, ale po dwudziestu minutach sam wpada na ten pomysł i znika za płotem. Wiemy, że znalezienie innego punktu wynajmu może być trudne tak więc trzeba być cierpliwym. Jesteśmy w sumie po środku plantacji herbaty, gdzie infrastruktura nie należy do rozbudowanych. Chłopak wraca i prosi o pełną stawkę za dzień, ale skuter chce dostać o godzinie 16-00. Tłumaczenia, że nie zdążymy wrócić nic nie dają, bo nie rozumie (albo języka, albo nie rozumie w kontekście rozumienia). Koniec końców ważne jest to że mamy jak się poruszać.

Z Ella można wybrać się na kilka wycieczek po plantacjach herbaty i do licznych fabryk, które się rozlokowały w okolicy. Najbliższym miasteczkiem w którym są sklepy, stacja benzynowa i stacja kolejowa jest Haputale. Jeździmy po całej okolicy zbaczając w każdą mniejszą dróżkę, która jest przejezdna. Istotne jest jedno. Widoki są niesamowite. Krzaki herbaty mienią się w słońcu wszystkimi odcieniami zieleni. Zbieraczki liści ubrane w kolorowe stroje, z torbami na zbiory i uzbrojone w długie kija chodzą między krzakami. Same plantacje herbaty są wystarczającym powodem aby przyjechać na wyspę. Godziny mijają błyskawicznie gdy przejeżdżamy z jednej plantacji na drugą wąskimi, często szutrowymi drogami.

Zatrzymujemy się przy kolejnych stokach robiąc zdjęcia. Podczas jednej z wycieczek, gdy znajdujemy się dosyć daleko od hotelu, łapie nas ulewa. Zatrzymujemy się przy domku stojącym przy drodze i chowamy się pod zadaszeniem. Gęsty deszcz zakrywa całe pola. Ku naszemu zdziwieniu kobiety pracujące na plantacjach wyciągają kawałki folii, którymi się owijają i pracują dalej. Po pewnym czasie decydujemy się zejść na pola, zmoknąć i zrobić zdjęcia. Kobiet nie stać na zrobienie sobie przerwy. Jak się później dowiadujemy to powinny one zebrać codziennie około 18 kg liści, co daje 4 pełne worki. Za całość otrzymują 450 RS co jest równowartością kilku dolarów. Sam sposób skupu zebranych liści jest ciekawy. Mocno zbudowani mężczyźni zatrzymują się przy drodze z przenośnymi wagami zawieszanymi na drewnianych stelażach. Kobiety znoszą worki i ustawiają się w kolejce do wagi. Po zważeniu liści, mężczyźni wpisują do książeczek zbieraczek ilości i podpisują się. Dzięki temu kobiety mogą udać się po wypłatę. Skupy otwierają się przy drodze i po kupieniu ostatniego worka, przenoszą się w inne miejsce. W deszczu kobiety sprawnie wyszukują na krzakach młode listki i zrywają je, lub odcinają sierpami. Liście wędrują do worków na plecach zbieraczek. Nie zważając na deszcz kobiety pracują bez przerwy. Robimy kilka zdjęć i odchodząc dajemy jednej z nich kilka dolarów. Początkowo nie wierzy, ale potem szybko chowa pieniądze, a oczy aż jej świecą ze szczęścia. Pod koniec dnia dowiadujemy się, że podarowane pieniądze mają dla niej faktyczną wartość. Dobrze, że plantatorzy dają zarobek liczbie kobiet, ale z powodu ich niskich kwalifikacji i ilości chętnych to zarobki są na tyle niskie, że zbieraczki muszą pracować 7 dni w tygodniu. dalej…

Daleka droga na Horton Plains.

W przewodnikach i na blogach znaleźliśmy informację, że miejscem wartym odwiedzenia, a dosyć blisko położonym od Ella jest płaskowyż Hortona. Ważne jest aby być na miejscu przez jedenastą rano, ponieważ później schodzą nad dolinę chmury i widoczność staje się zerowa. Mówią, że warto to jedziemy.

Wsiadamy na skuter wcześnie rano, tak aby zdążyć dojechać do Horton Plains zanim zejdą chmury. Według posiadanych przez nas informacji droga nie powinna nam zająć dłużej niż godzinę, przecież to tylko 40 km. Opatuleni w polary i jedyne cieplejsze ubrania, które zabraliśmy z Polski jedziemy we mgle i ciemnościach w kierunku płaskowyżu. Po ponad czterdziestu minutach jazdy w zimnie, gdy wydaje się nam, że powinniśmy się już zbliżać do celu zauważamy tabliczkę sugerującą, iż szybciej niż za ponad godzinę nie dotrzemy na miejsce. Zimno i wilgoć dają się bardziej we znaki gdy wjeżdżamy w wysoki las jak z horrorów. Drzewa mają po kilkadziesiąt metrów wysokości przez co promienie słońca nie goszczą tutaj zbyt często. Droga pnie się serpentynami ku górze, a urozmaicają ją liczne dzikie psy, które szczerzą się na nas widok, a czasami gonią za skuterem. Na oparach benzyny dojeżdżamy na płaskowyż, a tabliczka z napisem „Hotron Plains” wskazuje na to że jesteśmy u celu. Wąska asfaltowa dróżka prowadzi nas wśród niskich, bujnych i rozłożystych drzew w kierunku wejścia do parku.

W budce strażniczej wyposażonej nawet w szlaban kupujemy za grube dolary wejściówki i jedziemy kilka kilometrów w kierunku parkingu. Roślinność uległa całkowitej zmianie w stosunku do tego co oglądaliśmy w ciągu ostatnich dni. Jaskrawa zieleń traw ustąpiła miejsca ciemnemu odcieniowi i żółci. Zostawiamy skuter i po przeszukaniu przez strażnika wchodzimy do parku. Do wyboru są dwie trasy – wybieramy dłuższą z nich mającą niecałe dziewięć kilometrów. Dojechanie do Horton Plains zajęło nam zdecydowanie więcej czasu niż planowaliśmy, więc powinniśmy się śpieszyć aby zdążyć przez chmurami, które otulają po wschodzie słońca tak zwany Koniec Świata. Pod tą nazwą kryje się kanion, którego ściany opadają prawie 900 metrów w dół. Płaskowyż leży na wysokości ponad 2000 metrów i roślinność została wypalona słońcem, a także mocno doświadczona przez hulające wiatry. Sceneria bardziej przypomina miejsca w których rozgrywają się westerny niż egzotyczną Sri Lankę. Idziemy wyschniętym korytem rzeki, aby dojść do Małego Końca Świata. Jak nazwa wskazuje jest to Koniec Świata, tyle że mały – proste i logiczne wytłumaczenie. Urwisko, dosyć wysokie, ale nie mamy czasu zostać dłużej gdyż chmury są coraz niżej. Idealnie w momencie gdy dochodzimy do Końca Świata to po 30 sekundach widoczność staje się zerowa. Przed nami rozciąga się szara ściana. Cudownie. Siadamy na drewnianej platformie czekając na prześwity wśród chmur. Po kilkunastu minutach możemy dostrzec dno urwiska. Faktycznie wysoko, domki wyglądają jak zabawki, a drogi jak cienkie sznureczki. Widok można zaliczyć do ładnych, ale w sumie to nic wyjątkowo spektakularnego co mogłaby sugerować nazwa. dalej…

Przez Colombo do Hikkaduwa

Wczoraj okazało się, że na południe wyspy nie dojedziemy jadąc na południe, ale przez Colombo znajdujące się na zachodzie i dopiero tam, wzdłuż wybrzeża ruszymy w kierunku Galle. Nie ma co narzekać, przejedziemy przez piękne okolice i zahaczymy o największe miasto na wyspie. Rano zawozimy tuk-tukiem bagaże na stację kolejową i próbujemy kupić bilet. „Nie sprzedamy”. Dopiero kilka minut przed przyjazdem pociągu otwierają okienko. Pytamy się o bilety dla turystów – brak. Po nerwowym oczekiwaniu kupujemy bilet upoważniający do siedzenia, ale równocześnie nie gwarantujący tego przywileju. Gdy pociąg przyjeżdża na stację to podajemy sobie bagaże przez okno byle tylko mieć miejsce siedzące. Przed nami kilka godzin jazdy, więc lepiej nie spędzić ich stojąc. Udaje się. Zamieniamy się jeszcze z chłopakami z miejscowej wycieczki na miejsca, tak aby mieć lepszy widok na mijane plantacje herbaty i czekamy na odjazd. Półgodziny opóźnienia to sporo biorąc pod uwagę, że kierownik stacji chwalił się nam, że nigdy nie było na tej trasie wypadku. Kierujący pociągami muszą otrzymać specjalne tokeny, które uprawniają ich do jazdy, a ruch odbywa się wahadłowo. Jeżeli my się spóźniamy to przesunięcia dotyczą połowy wyspy. W końcu pojawia się informacja: „engine problem” i że będą ściągali części do silnika z miasteczka Badula oddalonego od nas o kilkadziesiąt kilometrów. Część turystów rezygnuje i wysiada, ale my nie mamy wyjścia. Po kolejnej godzinie sytuacja się nie zmienia. Kupujemy jedzenie od przenośnych handlarzy i cierpliwie czekamy. Po ponad dwóch godzinach przyjeżdża lokomotywa z częściami i panowie naprawiają usterkę. Z Baduli na skuterze można dojechać w dwadzieścia minut, ale kolej nie wierzy w taki sposób transportu, przecież ma swoje sposoby. Spokój. Na wyspie nikt się nie denerwuje, ale opóźnienie ambicjonalnie trzeba nadrobić. Kolej nie pozwoli na taką rysę na wizerunku jak spóźnienie.

Pociąg przejeżdża przez piękne okolice. Godziny drogi się nie dłużą, a wręcz przeciwnie. Niestety maszynista próbuje nadrobić opóźnienie i zdecydowanie przekracza szybkość jaką przewidzieli dla pociągu producenci. Wagony trzęsą się i podskakują tak, że książki wypadają nam z rąk, a o czytaniu nie może być mowy. Pod wieczór ze strachem w oczach dojeżdżamy na stację Colombo Fort. Ciemny, duży dworzec z licznymi kładkami nie robi przyjemnego wrażenia, ale w sumie nie musi. N-ty zaczepiony taksówkarz podaje logiczną cenę za pomoc w znalezieniu noclegu, więc pakujemy nasz dobytek i ruszamy. Znalezienie hotelu okazuje się zadziwiająco trudne. Wyjeżdżamy ze ścisłego centrum i jedziemy nadmorską promenadą pogrążoną w ciemnościach. Zatrzymujemy się przy małym hotelu. Ciepłej wody nie ma, ale za to brud wychodzi z każdego kąta. Cena iście królewska za którą można dostać pokój w naprawdę przyzwoitym hotelu. Szukamy dalej. „Brak miejsc” – stwierdza przepocony recepcjonista, a cały budynek wygląda jak wymarły. Kilka hoteli dalej zatrzymujemy się przy hotelu w chińskim stylu, gdzie cena jest wysoka, ale całość wygląda przyzwoicie i twierdzą że mają ciepłą wodę. Płacimy, zostajemy. Wchodzimy do pokoju, a tam brak kurka z ciepłą wodą. Zmęczeni całodziennym przejazdem idziemy na recepcję. Odpowiedź na nasze pytanie dlaczego miała być ciepła woda, a jej nie ma jest rozbrajająco prosta. Kilka pokoi ma ciepłą wodę, a reszta nie. Po prostu trafił się nam ten bez, chociaż w tej samej cenie. Mogą oddać pieniądze i tyle. Problem w tym że jest już prawie północ, a w promieniu 1000 metrów nie działa żadna latarnia. Fajnie i przyjemnie. Rano się zwijamy, nie ma się co denerwować. dalej…

Zachodnie wybrzeże Sri Lanki

Znalezienie noclegu w Hikkaduwie nie stanowi problemu. Kilkaset metrów od głównej drogi wynajmujemy pokój w pensjonacie. Odległość od wody nie stanowi problemu, ponieważ planujemy wynająć na cały czas pobytu skuter. Czas który planujemy spędzić na wybrzeżu ma należeć do spokojnych. Podczas ostatnich kilku wyjazdów nie mieliśmy okazji wypocząć i poleżeć na plaży. W planach oprócz kręcenia się po okolicznych wioskach, zakupu tradycyjnych masek w Aluthgamie, zobaczenia rybaków łowiących ryby siedząc na szczudłach w Weligamie, odwiedzenia fundacji pomagającej chronić żółwie w Bentocie, wizyty w mieście Galle, mamy także lekcje surfingu.

Hikkaduwa to spokojne, małe miasteczko, które znacznie ucierpiało w wyniku tsunami. Mieszkańcy mają władzom wyspy za złe że nie ostrzegły ich przed falą. Tsunami najpierw uderzyło we wschodni brzeg, a dopiero po kilkudziesięciu minutach zniszczyło zachodnią stronę. Przez cały ten czas nie pojawiło się ostrzeżenie co uniemożliwiło mieszkańcom ucieczkę w głąb lądu. Obecnie Hikkaduwa to jedna droga przy której powstały sklepy z pamiątkami i rękodziełem, oraz liczne bary plus salony masażu, a całość położona nad morzem. Nic więcej, albo aż tyle. Wymarzone miejsce na spędzenie wakacji z rodziną, chociaż nie tak łatwo dostępne jak kurorty w Egipcie. Śniadania w barach na plaży, kolacje w budkach z kotthu wypełniają czas między zwiedzaniem okolicy i plażowaniem. W miejscowości można po wytargowaniu, wynająć w bardzo przyzwoitej cenie skutery (około 8 USD za dobę) co pozwoli poruszać się po okolicy.

W kolejnych dniach zaglądamy do miasteczka Aluthgama, które słynie z produkcji drewnianych masek. Małe, domowe fabryczki produkują maski na potrzeby także małych przydomowych sklepików. Rozmiary i kształty szybko się powtarzają, lecz jakość wykonania znacznie się różni. Po wizycie w kilku sklepach uczymy się rozpoznawać poszczególne gatunki. Kończy się na zakupie czterech masek (kolejnych) w kolorach ognia i wody. Każda z nich ma oczywiście przed czymś chronić i mamy nadzieję że tak będzie. Inną atrakcją okolicy jest miejsce gdzie władze dbają o przetrwanie żółwi na wyspie, które znajduje się w miejscowości Bentota. Fundacja znajduje się w budynku całkowicie zburzonym przez tsunami. W nowej, prowizorycznej siedzibie, pracownicy trzymają osobniki, których gatunki są zagrożone wymarciem, a także chore żółwie które po kuracji będą wypuszczone na wolność. W osobnych zbiornikach pływają malutkie żółwiki, które co wieczór są zostawiane na plaży aby weszły do wody. Fundacja płaci miejscowym za jajka żółwi, które są uważane za przysmak. Ten system sprawia, że ludzie przynoszą jajka do fundacji rządowej a nie do restauratorów, ale powoduje ciągłe zapotrzebowanie na zastrzyki gotówki. Wieczorem za dodatkową opłatą można zobaczyć setki małych zwierzaków biegnących w kierunku wody (lecz tylko nikły procent przeżyje najbliższe dni). Czy warto odwiedzić to miejsce? Jeżeli jest się w okolicy to tak, ze względu na unikalny projekt, ale jechanie stu kilometrów specjalnie do Bentoty nie jest tego warte.

Jednym z symboli Sri Lanki jest rybak siedzący na kiju z poprzeczką i łowiący ryby na wędkę. Postanawiamy pojechać do miejscowości Weligama gdzie praktykuje się jeszcze ten sposób połowów (tak twierdzą miejscowi i przewodniki). Dostajemy informację, że rybacy pracują wcześnie rano. Ruszamy na skuterze do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów wioski. Przejeżdżamy całą trasę wypatrując rybaków. Jedyne co widzimy to sterczące z wody puste tyczki. Wracamy do Hikkaduwy i następnego dnia ponawiamy atak, ale tym razem pod wieczór. Przy tym podejściu mamy więcej szczęścia. Przy jednym z nielicznych na tym odcinku barów siedzi na tyczce rybak. Dziwnie łowi, bo nie ma nawet żyłki w wędce. Gdy próbujemy mu zrobić zdjęcie to szybko się okazuje dlaczego nie jest mu ona potrzebna. Zza rogu wybiega kilkunastoletni chłopak i krzyczy, że to jego wujek i że zdjęcie kosztuje dwadzieścia dolarów od sztuki, argumentując cenę ogólną biedą w okolicy. Nie mamy zwyczaju płacenia za zdjęcia, ale po przejechaniu tylu kilometrów zależy nam na ich zrobieniu. Proponujemy kilka dolarów, ale chłopak gardzi. Efekt jest taki, że my mamy zdjęcia, a on pieniędzy nie. Gdy odjeżdżamy to pod bar podjeżdża autobus Neckermana z tłumem rozentuzjazmowanych Niemców. Przewodnik płaci chłopakowi i zaczyna się pstrykanie fotek. Interes się kręci. Wracając spotykamy jeszcze jednego znudzonego rybaka i to tyle. Symbol wyspy funkcjonuje tylko na zawołanie. Gdy ma przyjechać wycieczka to dzwoni się do wioski i rybacy wychodzą. Płaci się, robi zdjęcia, a wraz z odjazdem autokaru rybacy schodzą ze swoich posterunków. Biznes jest biznes. dalej…

Kilka słów o surfingu

W Polsce panuje niepodzielnie zima, a my korzystamy z doskonałej pogody, która ma się jeszcze utrzymać na zachodniej części wyspy przez około tydzień. Woda w oceanie jest cieplejsza niż temperatura skóry przez co wydaje się, że siedzi się w zupie. Zbyt długo na plaży usiedzieć się nie da, więc próbujemy znaleźć chętnych do uczenia nas surfingu. Robimy wycieczkę wzdłuż plaży, ale szkoły są już częściowo pozamykane, albo proponowane ceny zaczynają się od około 35 USD za godzinę pływania plus wynajęcie deski co daje kwoty jak na Azję zabójcze. Samo wynajęcie deski także kosztuje około 30 USD za godzinę, która jak się okazuje po dłuższych dyskusjach może zostać bezpłatnie przedłużona na cały dzień. Czyli krótko mówiąc deskę trzeba wypożyczyć na cały dzień. Gdy zmęczeni niepowodzeniem siedzimy na plaży podchodzi do nas tubylec i proponuje lekcję surfingu. Niby od niechcenia zaczynamy z nim rozmawiać, że w sumie nie chcemy, ale ile by chciał itd. No i się zaczyna…

Pan zachwala swoje umiejętności i proponuje dwu-trzygodzinną lekcję po której będziemy w stanie stać na deskach za 5000 rupii z wypożyczeniem desek w cenie. Dyskusje trwają i staje na cenie 3500 rupii. Nasz nowy instruktor twierdzi, że właśnie teraz jest najlepsza pora na surfing, a warunki nie mogą być lepsze. No to idealnie. Po kilkunastu minutach wraca z dwoma pokiereszowanymi deskami i wchodzimy do wody. Mamy płynąć za nim, ale co dalej to nie wiadomo. Na brzegu powiedział tylko, że jak się odłamie coś od deski to będziemy płacić i tyle z instruktarzu. W końcu mamy się zatrzymać, położyć na desce, a on planuje nas przytrzymać i puścić na fali. Siedzimy w wodzie, czekamy i dalej czekamy. Przyjemnie się leży ale to chyba nie oto chodzi. Płyniemy w inne miejsce. Znowu dziesięć minut pływania w poszukiwaniu fal. Nagle pan się zatrzymuje stwierdzając, że jest dobra fala i puszcza deskę wprawnie tak, że się w efektowny sposób zderzamy. Doskonale, dobrze że się nie połamaliśmy. Po kolejnych trzydziestu minutach, gdy nie wykonujemy ani jednego ślizgu proponujemy żeby sam pokazał jak to działa. Chłopisko pływa z lewej do prawej, a my za nim. Raz próbuje wstać, ale bez fal będzie trudno. Od razu pada. Po kolejnych dwudziestu minutach decydujemy się wracać. Okazuje się to być trudne. Jesteśmy wyczerpani pływaniem z lewej do prawej przez godzinę, a do brzegu mamy kilkaset metrów. Nasz instruktor zabrał jedną z desek i popłyną zostawiając nas w wodzie. Coraz bardziej mamy dosyć tej farsy. Solidnie wyczerpani wygrzebujemy się na brzeg. „Okiej? okiej? gut gut?” stwierdza nasz rozpromieniony przyjaciel bez dwóch górnych jedynek. dalej…

Z powrotem w Negombo

Kończy się nasz pobyt na wyspie, tak samo jak i sezon na zachodnim brzegu. Wylot do Europy mamy z Negombo oddalonego od nas o sto pięćdziesiąt kilometrów. Jest to blisko i daleko za razem. Początkowo chcemy pojechać autobusem z Hikkaduwy. Okazuje się to trudne do wykonania, ponieważ trasa busów rozpoczyna się w Galle, więc do Hikkaduwy dojeżdżają one już przepełnione. Kilkugodzinna podróż z bagażem na plecach, trzymając się okna na zewnątrz nie wchodzi w rachubę. Można pojechać taksówką do Galle i tam zająć miejsce siedzące, ale jest to strata co najmniej dwóch godzin. Ostatnią opcją jest taksówka bezpośrednio z Hikkaduwy do Negombo. Robimy przejazd przez „biura podróży” otwarte na głównej ulicy i okazuje się że wszędzie cena jest przybliżona. W końcu znajdujemy kierowcę, który zgadza się nas zabrać za 7500 rupii. Kwota jak na Sri Lankę znaczna, ale przynajmniej jeden etap podróży odbędziemy w przyzwoitych warunkach. Rezygnujemy z jazdy autostradą, która kosztowałaby nas kilka dolarów więcej i zaoszczędziła trochę czasu, ale była mniej ciekawa niż jazda przez wioski. Umawiamy się z panem na 14-00 i następnego dnia rano idziemy na surfing.

W dniu odjazdu, gdy rano wychodzimy z pensjonatu, przychodzi do nas kierowca, proponując że jeżeli pojedziemy o godzinie 11-30 to może nas zabrać o 3500 rupii taniej, bo trafiła mu się okazja odbioru ludzi z lotniska. Dwa kursy w jednym. Jesteśmy w stanie ruszyć o 11-45, jako że umówiliśmy się na surfing. Nie może się zdecydować. Bezcelowa dyskusja trwa przez dziesięć minut i ciężko panu wytłumaczyć, że czym później wyjdziemy z hotelu tym później wrócimy. W końcu w ciężkich bólach zgadza się na 11-45. Doskonale, będzie parę rupii więcej na zakupy w Negombo. Wracając z plaży oddajemy skuter. Właściciela nie ma, więc oddajemy papiery, kaski, kluczyki dyżurującej babulince i wracamy spotkać się z kierowcą. Bardzo zależało mu na czasie dlatego spóźnia się pół godziny i stwierdza, że będziemy jechali autostradą pytając się czy chcemy. Odpowiedź negatywna. Ale i tak jedzie, więc zakłada że za nią zapłacimy. Odpowiedź negatywna. Gdy wyjeżdżamy kilkanaście kilometrów za Hikkaduwe do kierowcy dzwoni telefon. Ku naszemu zdziwieniu podaje nam słuchawkę. To właściciel wypożyczalni skuterów u którego zostało nasze międzynarodowe prawo jazdy. Pech. Jego ważność wygasła rok temu, ale w Azji mało kto potrafi to przeczytać i doskonale nadaje się na zostawianie jako depozyt. Niech zostanie, jedziemy dalej. dalej…