Blog

IMG_4855

Bangkok na początek

Po piętnastu godzinach lotu, lądowanie w dusznym Bangkoku wydaje się być zasłużoną nagrodą. Czterdziestostopniowy upał nie jest jednak aż tak bardzo uporczywy jak mogłoby się wydawać, co nie oznacza, że bieganie w tych warunkach jest rozsądnym pomysłem.

Na lotnisku kupujemy bilet na autobus jadący na Khosan Road. Ulica jest wielkim skupiskiem hoteli, hotelików, oraz pokoi do wynajęcia. W takim miejscu można znaleźć nocleg na każdą kieszeń. Na pobliskich uliczkach handel kwitnie przez całą dobę. W co najmniej czterech barach na odcinku 100 mertów grają faceci, którzy twierdzą, że nazywają się Axel Rose, a u konkurencji gra z różnym skutkiem kilka nowych wcieleń Jimmiego Hendrixa. Prawdziwa zabawa zaczyna się około godziny ósmej wieczorem. Wtedy ożywają sprzedawcy t-shirtów, oraz kierowcy tuk tuków zaczepiając turystów średnio co dwa metry z propozycjami wycieczek do klubów go-go. W okolicach północy na ulicy zaczyna się impreza, która trwa do ostatniego klienta. Czyli do rana. >> dalej >>

 

IMG_5290

Pływający targ Damnoen Saduak

Decydujemy się na początek pojechać do Damnoen Suduak na pływający targ. Bilety na przejazd można kupić za kilka dolarów w kilkudziesięciu punktach na Khosan Road. Ceny wszędzie są podobne więc nie ma się co zastanawiać. Kupujemy.

Jedziemy na pływający targ w Damnoen Saduak położony 110 km na północ od Bangkoku. Podróż minibusem trwa około godziny, a następnie piętnaście minut łodzią. Targ jest jednym z ostatnich funkcjonujących w tym regionie tradycyjnych pływających targów, które w przeszłości stanowiły obowiązkowy element krajobrazu Tajlandii.  >> dalej >>

 

IMG_5743

Ajutthaya

W Bangkoku następuje szybka reorganizacja bagaży, masaż na Khosan Road i możemy ruszać pociągiem na północ do Ajutthayi.

Łapiemy tuktuka i jedziemy na dworzec kolejowy. Budynek jest w lepszym stanie niż centralny w Warszawie. Kupujemy bilety w trzeciej klasie za cztery złote za dwie osoby i czekamy na spóźniający się transport przez ponad godziny. Nikt taką sytuacją nie wydaje się tutaj być zdziwiony. Siadamy więc na płycie peronu i czekamy. Pełen luz. Nikt się nie denerwuje więc my także nie mamy czym. Tak ma być, taki urok kraju.

Tak jak w polskich pociągach kupienie biletu nie jest równoznaczne z tym, że będziemy mieli okazję usiąść podczas jazdy. Kto pierwszy ten lepszy. Podczas podróży na stacjach wsiadają sprzedawcy lokalnych specjałów, na których widok mamy ochotę w trybie natychmiastowym przejść na dietę. Ludzie którzy siedzą obok częstują nas miejscowymi przysmakami, które wyglądają jak świeżo przeżute mrówki. Nie dajemy się przekonać na te frykasy. Na szczęście nikt się nie obraża. Na mijanych stacjach jedynymi ludźmi są sprzedawcy przekąsek. W miłej i spokojnej atmosferze dojeżdżamy do Ajutthayi. >> dalej >>

IMG_5990

Miasto pełne małp – Lop Buri

Z dworca w Lop Buri jedziemy luksusową „taksówką”, a właściwie dwoma do hotelu. Rolę taksówek przejmują w zdecydowanej większości na prowincji ryksze. Panowie szybko pedałują, więc po chwili jesteśmy na miejscu. Wyboru dużego nie ma: pokój z klimą lub z wiatrakiem. Grunt, że robaki nie biegają. Zwycięża ekonomia oszczędzenia jednego dolara amerykańskiego – bierzemy z samym wiatrakiem.

Miasteczko Lop Buri jest znane z małp biegających po ulicach i zamieszkujących świątynie. Planujemy spędzić na miejscu noc, rano zrobić kilkugodzinny spacer i pojechać dalej na północ. Z rana ruszamy na miasto. Faktycznie między samochodami biegają grupami małpy i jakimś cudem nie są rozjeżdżane. Widać, że są tutaj równoprawnymi mieszkańcami. Nawet psy i koty zostawiają je w spokoju.

Dochodzimy do świątyń – Prang Sam Yot. W cenie biletów jest wliczony kijek do odganiania małp. Pan przy wejściu radzi zdjąć okulary i pilnować aparatu, bo małpy mogą próbować je wyrwać. W razie problemów zaleca aby lać zwierzątka kijkiem po głowach. Trudność polega na tym, że przy machnięciu kijem jedna małpa go łapie, a druga już się po nim wdrapuje na rękę (sycząc przy okazji). Na sporym placu przy opuszczonych świątyniach siedzi olbrzymie stado małych małp. Próby robienia im zdjęć z bliska kończą się wskakiwaniem zwierzaków na kark i szczerzeniem zębów. Gdy stworzenia stają się zbyt zuchwałe to strażnik pokazuje im procę. Na sam jej widok małpy zaczynają biegać zygzakiem w kierunku najbliższego schronienia. Widać że wiedzą jak to działa, a strażnik zapewne nieźle strzela. >> dalej >>

Sukhothai

IMG_6267

Po kilku godzinach spędzonych na dworcu w Lop Buri, dojeżdżamy do Pihitsanulok gdzie łapiemy przy drodze autobus do Sukhothai. Do miasta docieramy późno w nocy i prosimy kierowce o zatrzymanie przy jednym z mijanych hotelików. Jak nakazuje tradycja zostawiamy przed wejściem buty i idziemy sprawdzać czy nie ma robaków. Robaków brak, jest więc dobrze, a wielki wiatrak na suficie miele wilgotne powietrze dając namiastkę luksusu. Wiemy, że znajdujemy się blisko głównych kompleksów świątynnych, ale w nocy tylko na głównej ulicy jest jakiekolwiek oświetlenie, a pozostała okolica tonie w ciemnościach tak więc pozostają nam zakupy i tourne po restauracjach.

Rano okazuje się, że hotel jest oddalony o kilkaset metrów od parku historycznego. Park w Sukhothai jest rozrzucony na dosyć rozległym terenie, a przy wjeździe można wynająć: dla bardziej ambitnych – rower, dla sprytniejszych – skuter. Nie staramy się być ambitni więc bierzemy skuter. Kupujemy bilety z dopłatą za pojazd i ruszamy. Upał jest straszliwy, więc na każdym postoju sprzedawcy wody robią na zwiedzających doskonały interes. Sukothai jest uznawane za stolicę pierwszego tajskiego państwa, a centrum historyczne to nic innego jak zabytkowe świątynie, budynki oraz posągi. Główny kompleks świątyń jest fantastyczny, a efekt potęguje zieleń i otoczenie kanałów wypełnionych wodą. Park bardzo przyjemnie zwiedza się na skuterze – piękne widoki, a wytyczone w historycznej części ścieżki są idealne do tej formy poruszania się po okolicy. W ruinach świątyń stoją olbrzymie posągi Buddy. >> dalej >>

W drodze do Chiang Mai

IMG_6073

Chcemy dostać się autobusem z Sukhothai do Phitsanouok, a dalej pociągiem do Chiang Mai. Jak wieść gminna niesie jest to najprostsze rozwiązanie.  Zatrzymujemy na ulicy pod hotelem autobus i kupujemy bilet. Jednak po rozmowach z miejscowymi okazuje się, że łatwiej i szybciej można dojechać do Chiang Mai autobusem bezpośrednio z Sukhothai. Tak więc zmieniamy szybko plany i przesiadamy się na dworcu do środka lokomocji, którego karoseria została zrobiona miejscami z cementu, a na reszcie widać, że każdą poprawkę można zrobić młotkiem. Autobusy w Tajlandii to swojego rodzaju dzieła sztuki. Na dachu pojazdu zostały umieszczone solidne wiatraki zapewniające ruch powietrza (dodatkiem są oczywiście otwarte drzwi). Z przodu pojazdu jest mały ołtarzyk z kwiatami, a siedzenie kierowcy jest zarazem jego łóżkiem. Mamy wszystko czego nam trzeba. >> dalej >>

 

Chiang Mai

IMG_6414

Chiang Mai – cel wycieczek na północ kraju, lub baza wypadowa na dalsze wyprawy dla fanów trekkingu. W mieście na względnie małym obszarze starego miasta znajduje się ponad sto świątyń tak więc trudno powiedzieć że nie ma co zwiedzać. Ruszamy pieszo z hotelu w kierunku starówki. Mijamy główną ulicę i bazar z rybami. Gdy docieramy do pierwszej świątyni, upał daje się nam już dosyć mocno w kość. Po dojściu do drugiego kompleksu stwierdzamy, że chodząc na piechotę nic nie zobaczymy. Centrum to labirynt małych, krętych uliczek w których turyści po kilku minutach się gubią. Łapiemy więc tuk tuki negocjując cenę za przewiezienie nas po głównych świątyniach. Trzeci zatrzymany kierowca zgadza się po negocjacjach na sensowną cenę i zaczynamy luksusowe zwiedzanie miasta.

Pomimo tego, że poszczególne świątynie różnią się znacznie od siebie, to po zobaczeniu dziesiątej czujemy przesyt… ale jedziemy dalej. Wiele z budynków jest poddawanych gruntownej renowacji, tak więc zdarza się, że na zdjęciu w przewodniku świątynia ma drewniany dach, a my oglądamy już pozłacany. W porównaniu z Bangkokiem świątynie w Chiang Mai są mniejsze, oraz zdecydowanie mniej bogate, ale nie znaczy to że mniej ciekawe. Często zbudowane z drewna, a następnie malowane na złoto. Przepięknie wykonane są dachy, które zwracają uwagę precyzją wykonania. W świątyniach, lub okolicznych budynkach mieszkają mnisi, którzy przeważnie się poważnie nudzą, ale ich obecność nadaje temu miejscu klimatu. Interesujące są doskonale wykonane woskowe figury ważnych mnichów, które można zobaczyć na ołtarzach w świątyniach. Często można spotkać wystawione na stojakach zdjęcia duchowych przywódców. Wygląda to dosyć osobliwie. >> dalej >>

Chiang Mai – świątynie

IMG_6664

Stwierdzając, że widzieliśmy wystarczająco posągów Buddy i świątyń na starym mieście, decydujemy się na wizytę w ostatniej – najwyżej położonej świątyni na obrzeżach Chiang Mai. Na głównej ulicy wynajmujemy taksówkę – coś w stylu pickup’a z zadaszeniem z tyłu. Rzuca nami na wszystkie strony, ale za to mamy doskonały widok przez brakującą tylną klapę. Wyjeżdżamy poza miasto. Droga jest kręta i ostro pnie się w górę. Kilkakrotnie mijamy kolarzy z których pot płynie litrami, ale pomimo to walczą z górą. Po pół godzinnej jeździe jesteśmy na miejscu. Rozstajemy się z kierowcą na parkingu i mamy czas na zwiedzanie.

Świątynia jest miejscem licznych pielgrzymek z całego kraju. Jak to zwykle bywa w tego typu miejscach pełno tutaj naciągaczy, wróżek i innych wynalazków. Negocjując z nami sprzedaż pamiątki jedna z pań stwierdza, że „wy Europa, my biedni, ja mieć psa, pies jeść”. Argumenty są mocne, tak więc kupujemy miseczkę. Nie może być inaczej. >> dalej >>

 

Okolice Chiang Mai

IMG_6737

W biurze na ulicy wykupujemy przejazd do małej wioski, trekking w górach, oraz spływ pontonem. Głównym środkiem lokomocji po okolicy będą stare pickupy. Pakujemy się więc na naczepę i jedziemy. Towarzystwo, które zbieramy po drodze jest  interesujące. Amerykanie podróżujący od pół roku, Anglicy to samo. Dwie Kanadyjki z których jedna już od roku bez przerwy lata po całym globie. W ekipie jest również para, która zgrała się w kasynach w Makao i odpoczywa po poniesionych wydatkach. W tym towarzystwie osoby które nie jeżdżą co najmniej od 3 miesięcy  to wariaci.

Wyjeżdżamy poza miasto i poruszamy się wąskimi, leśnymi dróżkami. Na początku docieramy do małej wioski w której jest kilka rozpadających się chat na palach i jeden stół z paciorkami, będący tutejszym targiem. Trzeba coś kupić, bo inaczej wioska zbankrutuje – to ich jedyne źródło gotówki. Inny świat. Nie ma prądu, rachunków, sklepów. Pieniądze przydadzą się aby kupić narzędzia i drobne sprzęty „ze świata zewnętrznego”. Cywilizacja dotarła tutaj tylko w niezbędnym wymiarze. W wiosce nie ma mężczyzn ponieważ wszyscy wyjeżdżają na prace w terenie, a w okolicy zostają tylko kobiety, dzieci i starsi. Dzieci snują się po wąskich, uklepanych uliczkach. W porze deszczu przez wioskę musi przechodzić rzeka ponieważ domy stoją na stromym stoku. >> dalej >>

 

W kierunku Kambodży

IMG_7284

Z Chiang Mai do Bangkoku dostajemy się w ekspresowym tempie samolotem, który jest niewiele droższy niż nocny pociąg sypialny. Bilety kupujemy trochę na wiarę w przydrożnym „biurze podróży”. W sumie gdyby się okazało że nasze bilety są warte tyle co papier na którym zostały wydrukowane to nie mielibyśmy ruchu. Jednak mamy szczęście i polecimy, a w dodatku w bardzo przyzwoitym standardzie. Od razu po starcie roznoszone jest jedzenie, a naczynia są już zbierane gdy zbliżamy się do lotniska.  Każda chwila została zagospodarowana, a personel poubierany w tradycyjne tajskie stroje pracuje niczym szwajcarski zegarek.

W Bangkoku jedziemy do hotelu w którym zostawiliśmy torby i przepakowujemy bagaże. Na Khosan Road kupujemy przejazd autobusem do Siem Reap w Kambodży. Krótko i konkretnie, nie ma się co zastanawiać. Wizyty u dwóch pośredników, krótkie negocjacje i mamy bilety.

Do granicy z Kambodżą dostajemy się w względnie komfortowych warunkach minibusem. Droga jest przyzwoita, można się nawet spokojnie zdrzemnąć. Mamy towarzystwo w postaci pary ze Szwecji i Brytyjczyka, który jest w Tajlandii od kilku miesięcy, ale spędził je w barach. Raz wyszedł na ulicę to go okradli. Teraz musiał wyjechać z Bangkoku z powodu kończącej się gotówki aby żyć bardziej oszczędnie w Kambodży. Jakby nie patrzeć to za każdym razem gdy wychodził na ulicę to go okradali. >> dalej >>

 

Siem Reap

IMG_8116

Siem Reap będzie naszą bazą wypadową w czasie krótkiego pobytu w Kambodży. W mieście nie ma zbyt wiele do zobaczenia z wyjątkiem zniszczonych budynków, dziur w drogach i tysięcy rozpadających się skuterów. W centrum przez które biegnie asfaltowa droga, stoją murowane budynki co w świadczy o zamożności właścicieli. Część z nich jest nieukończona, ale są to prawdziwe domy, a nie chatki jakie mijaliśmy po drodze. Kilkaset metrów od głównej ulicy można znaleźć tylko drewniane chaty, a nad wodą domy na wysokich palach. Po zachodzie słońca wzdłuż drogi rozkładają się sprzedawcy z owocami i drobazgami. Wieczorem ulice są ciemne, a jedyne sklepy w których jest światło są przeznaczone dla turystów. Oferują one tylko coca-cole i wafelki, a wszysyko płatne w dolarach, dzięki czemu ceny dorównują poziomem europejskim stolicom. Na ulicy ciągnie się nieprzerwany sznur skuterów na których nierzadko siedzą cztero, a nawet pięcioosobowe rodziny. Co pewien czas można spotkać kobietę ubraną w tradycyjny strój, który wygląda jak nasza piżama. Nad ranem między domami chodzą buddyjscy mnisi prosząc o jedzenie. Ciekawostką może być fakt że w okolicy nie ma stacji benzynowych, a zatankować można tylko na straganach przy ulicy. Sprzedawana jest tam benzyna z butelek po coca-coli, lub oliwie. Podczas naszego pobytu mijamy jedną stację z dystrybutorami, ale dziwnym trafem mało kto z niej korzysta. >> dalej >>

 

Angkor – pochłaniany przez dżunglę cud świata

img243a

Wczesnym rankiem ruszamy do kompleksu świątyń w Angkor. Miasteczko jeszcze śpi. Powietrze jest chłodne, ale wiemy że za godzinę temperatura będzie wyższa o co najmniej 25 stopni. Przy bramie można kupić wejściówki na jeden, dwa, trzy dni, lub na tydzień. Bilety są stosunkowo drogie, ale z ich sprzedaży są finansowane wszystkie inwestycje w okolicy.

Ruszamy do pierwszego kompleksu świątynnego – Angkor Wat. Zaskakujący jest brak jakiejkolwiek infrastruktury (wyjątkiem są kasy, ale to przecież najważniejsze). Nie ma zorganizowanej formy transportu pomiędzy świątyniami, w minimalnym stopniu cywilizowanych barów w sumie czegokolwiek. Tubylcy dorabiają wożąc turystów za swoimi plecami na skuterach. Jest to dziwne jak na zabytek o światowej sławie.

Parkujemy na placu-parkingu przed Angkor Wat. Stoją tutaj setki tuk tuków, rowerów i skuterów. Kompleks jest otoczony fosą. Do środka dostajemy się szerokim mostem który jest strzeżony przez kamienne posągi. Przy głównej bramie tłumy czekają na wschód słońca, nie jest on jednak imponujący. Ruszamy długą kamienną ścieżką w kierunku świątyń. Świątynie zostały porzucone przez budowniczych i długo stały w dżungli zanim odkryto je na nowo w XIX wieku. Budowle na długo zostają w pamięci. Sam Angkor ma powierzchnię ponad dwóch kilometrów kwadratowych i był budowany około trzydziestu pięciu lat. Świątynie wyrastają z gęstego lasu a nad okolicą górują trzy wieże. Gdzieniegdzie widać resztki po hydro systemie – okolica jest bardzo bagnista i ciągle trwają prace nad doprowadzeniem świątyń do dawnej świetności. W środku wśród precyzyjnie wykonanych płaskorzeźb stoją zniszczone posągi Buddy. Mijamy liczne ołtarze i puste baseny. Wewnątrz panuje niesamowita wilgoć, która staje się z czasem coraz bardziej odczuwalna gdy słońce się wznosi nad horyzont. Widać że dużo pracy kosztuje utrzymanie kompleksu w obecnym stanie, który bynajmniej nie jest doskonały, jednak budowle zachowały swój pierwotny kształt, w zdecydowanej większości korytarzy są nadal sufity. >> dalej >>

Pływająca wioska

IMG_8064

Nasz plan pobytu w Kambodży obejmuje także zobaczenie pływającej wioski przy Siem Reap. Jedziemy tam naszym niezawodnym tuktukiem. Wyjeżdżamy poza miasteczko, które szybko zmienia się w rozciągniętą wioskę. Po drodze mijamy zniszczone domy zbudowane właściwie z czegokolwiek, a głównie z kawałków drzewa i związanych ze sobą gałęzi. W budynkach oprócz misek i dzbanków nie ma nic. Miejscowi śpią na podłogach gdzie popadnie. Twarze mieszkańców są bez wyrazu, zmęczone, a oczy bez życia. Jedynie dzieci nadają odrobinę życia okolicy. Gdy dojeżdżamy nad wodę to zabudowa się całkowicie zmienia. Domy są budowane nad wodą na wysokich palach. Obecnie poziom wody jest niski więc całość wyglądają dziwnie. Mieszkańcy wyrzucają  śmieci pod dom z złożeniem, że gdy woda w jeziorze lub rzece się podniesie to sama sprzątnie bałagan. Dzięki temu jak na razie pod domami jest gnijący śmietnik. Po drodze tankujemy na stacji „z butelki” po oleju jadalnym i zbliżamy się do przystani.

Na miejscu kupujemy u mundurowych bilet do pływającej wioski. Płacimy po 15$ co jest tutaj astronomiczną kwotą. Państwo trzyma rękę na interesie i finansuje za to budowę dróg, ale ludzie nadal są biedni jak byli wcześniej. Wsiadamy do rozpadającej się łódki w której siedzimy na wiklinowych krzesłach, które latają na wszystkie strony. Woda ma kolor ciemno brunatny od mułu. Przepływamy wąskim kanałem mijając po drodze rozpadające się domy z drzewa tekowego, oraz malutkie łódki. O dziwo nic nie śmierdzi. Droga do właściwej pływającej wioski trwa około czterdziestu minut. Po drodze spotykamy tubylców którzy wiosłują w stronę wioski – zajmie im to kilka godzin, jednak większość mieszkańców ma w łódkach silniki. Często łódki są w tak złym stanie, że ich pasażerowie wylewają z nich rytmicznie kubkami wodę aby dopłynąć. >> dalej >>

 

Powrót do Tajlandii

Planujemy powrót do Bangkoku i następnie wypoczynek na wyspie Koh Samet. Mamy już wcześniej wykupiony przejazd, wsiadamy więc do busa i jedziemy w kierunku granicy. Bardzo powolutku jedziemy w kierunku granicy. Cieszymy się w sumie, że opuszczamy Kambodżę, ponieważ zmęczyło nas psychicznie to miejsce. Po drodze mamy tradycyjnie co 30-40 minut postoje w kolejnych „barach” u znajomych kierowcy. Pojazd jest wypełniony do granicy możliwości. Bagaże gdyby mogły to wysypałyby się na ulicę. Są poupychane zarówno na tyle autobusu jak i jest nimi zasypany kierowca. Drugi kierowca nie ma gdzie usiąść, bierze więc połamany plastikowy taboret i siada w przejściu. Po kilku godzinach docieramy do przejścia. Na granicy przesiadka. Musimy czekać na kolejnego busa, który jedzie do Bangkoku. Orientujemy się, że jest możliwość pojechania bezpośredniego z granicy na wyspę Koh Chang dzięki czemu będziemy dalej od cywilizacji i zaoszczędzimy jeden dzień. Koh Chang leży na uboczu dzięki czemu można wypocząć. Problemem jest że nie mamy ze sobą bagaży, ale sprawimy sobie nowe ubrania na wyspie. Kupujemy  bilet i udajemy się na „przystanek”, którym jest brudny bar. W międzyczasie mamy okazję podziwiać folklor na tej nietypowej granicy, gdzie drewniane przyczepy ciągnięte przez miejscowych służą za taksówki, dzieci są wożone na wózkach do transportu paczek itd. >> dalej >>

 

Koh Chang po sezonie

IMG_8831

Koh Chang będzie ostatnim punktem naszej podróży po Tajlandii. Nie planowaliśmy co prawda wizyty akurat na Koh Changu, a na jednej z wysp bliżej Bangkoku, ale korzystamy z okazji przesiadki przy powrocie z Kambodży i zmieniamy plany. Uznajemy że będzie to miejsce bardziej spokojne i zielone niż na przykład Ko Samet do którego ciągną tłumy ze stolicy.

Na wyspę docieramy już po zmroku zjadani przez niezliczone chmary komarów. Domek w którym spędzamy pierwszą noc rezerwujemy nudząc się w biurze na przystani gdy czekamy na prom. Zdjęcia domków w przedstawionym nam katalogu wyglądały doskonale czysto, porządnie, piękne położenie.  Na miejscu poznajemy kilka nowych patentów w jaki sposób można zrobić rewelacyjne zdjęcia do katalogu. Faktycznie z zewnątrz całość wyglądała nieźle, a nawet fajnie. Wewnątrz…no cóż: brak dachu w łazience, glony na ścianach. Raj na ziemi. Uśmiechamy się wiedząc, że musimy znaleźć coś innego. Nad ranem okazuje się że niebywałą pomysłowością wykazał się także autor zdjęć plaży oraz widoku na morze. Fotka w folderze na której przedstawiono plażę, została zrobiona podczas przypływu, a widok na plażę podczas odpływu. Dzięki temu plaża była olbrzymia, a widok na morze przepiękny. Szczegółem jest fakt, że podczas odpływu nad powierzchnię wody wychodziły ostre skały, którymi było zasypane całe dno, a gdy nadchodził przypływ cała plaża znikała pod wodą. Musimy to zapamiętać. Wiedza kosztuje, chociaż w tym przypadku na szczęście niedużo. Zostawiamy kluczy w drzwiach, wynajmujemy na kilka dni skuter i ruszamy na poszukiwania nowego lokum. Jest już końcówka sezonu, pogoda staje się kapryśna, ale dzięki temu ceny w hotelach są negocjowalne i bardzo przystępne. W końcu znajdujemy domek na samej plaży. W domku pływają co prawda karaluchy, a z kranu leci czasami ciemno brunatna woda, ale i tak jest przepięknie. >> dalej >>

Ponownie Bangkok

Bangkok

Po kilku godzinach jazdy rozpadającym się vanem docieramy z Koh Chang do Bangkoku. Oczywiście pojawiają się drobne komplikacje. Zamówiona na wyspie taksówka zawiozła nas na inna przystań niż powinna. Naturalnie zajmuje nam kilka dobrych minut zorientowanie się że z tego miejsca nie przeprawimy się tam gdzie planowaliśmy. Po kilkuset metrach biegu z plecakami orientujemy się, że nie mamy praktycznie żadnych szans aby dotrzeć do portu na czas. Autobusy nie kursują, taksówka to równie rzadki okaz  po sezonie. Gdy sytuacja wygląda już beznadziejnie zatrzymujemy pickupa i właściciel zgadza się zabrać nas na naczepę. Do portu wbiegamy gdy prom jest gotowy do odpłynięcia. Udaje się.

W porcie wykupujemy przejazd minibusem i ruszamy w 350 km drogę w kierunku Bangkoku. Niestety kierowca do normalnych nie należy nawet jak na azjatyckie warunki. Przejeżdżanie na czerwonym świetle, zakazach skrętu, trzykrotne przekraczanie szybkości to mało spektakularne dokonania. Jednak jazda prawie 100 km/h pod prąd na drodze szybkiego ruchu powoduje już zdecydowany sprzeciw ze strony wszystkich pasażerów. Nasz rajdowiec spogląda za siebie z pogardą i więcej przez całą drogę się nie odzywa, ale na szczęście się uspokaja. >> dalej >>

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>